Rowerowy Bornholm, 7-10.08.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Kolorowa wyspa

Ciężkie jest życie rowerzysty

"Bornholm - rowerowy raj!", "Bornholm - będziesz tu wracał", "Bornholm to cudowna wyspa", "Majorka Północy", "Skandynawia w pigułce", "Bornholm - raj dla rowerzystów!", "Wyspa Bornholm - Rowerowy Eden"...
Nie mogłam już tego czytać.
Dziwnym trafem natykałam się na tego typu stwierdzenia co kawałek, grzebiąc w internecie, przeglądając czasopisma do śniadania, szukając informacji o wycieczkach rowerowych dookoła Warszawy. Ciągle ten Bornholm i Bornholm!... W końcu stwierdziłam, że - aby się przeznaczenie ode mnie odczepiło - pojadę na tę wyspę i będę miała z głowy.
Planowanie zaczęłam bardzo poważnie, internet pomógł, zaznaczyłam na mapie miejsca, które są warte obejrzenia, ustaliłam kiedy i którędy tam pojadę (a właściwie popłynę) i zapomniałam o temacie.
Na jakiś tydzień przed wyjazdem wpadłam w panikę - w co ja się właściwie zapakuję?!?...
Tym sposobem zakupiłam sakwy i torbę na kierownicę...;)
A potem to już poleciało z górki - wystarczyło się tylko w te sakwy zapakować...
Nawet zmieściłam się z jedzeniem i zostawiłam sobie miejsce na półtora litra wody... Mój bagaż główny ważył jakieś 14 kilo :)
W piątek rano zapakowałam na rower sakwy, namiot, karimatę oraz torbę, na siebie kask i utknęłam przed schodami. Przy pomocy ojca udało mi się wyjść z domu i popedałować, cokolwiek niepewnie, przed siebie. Pierwszy raz z takim obciążeniem. Pierwszy raz na tak daleką wycieczkę rowerową...
Z pracy uciekłam pół godziny przed czasem i pojechałam w stronę Dworca Centralnego, łapiąc telefonicznie Wilczego, coby się jakoś tam spotkać. Na dworcu oczywiście pełno schodów, zjechałam zatem ruchomymi jakimś cudem, spotkałam Wilczego pod kanapkami, zrobiliśmy zakupy i trafiliśmy na właściwy peron. A tam okazało się, że pociąg przystosowany do przewozu rowerów jest zwykłym pociągiem, w którym zamiast jednego przedziału są trzy wieszaki na ścianie na rowery. Ale wejście jest wąskie, jak to w pociągu, zatem wejść do niego z zapakowanymi rowerami to jakaś porażka...;)
Jednakowoż się udało i stabilizując się w przedziale rowerowym zaczęliśmy zdejmować z rowerów bagaże.
Wilczy swój plecak zdjął szybko. Mój namiot i karimata też zlazły z roweru bezproblemowo. Sakwy - przymocowane na mur - nie chciały drgnąć...
Po 15 minutach pocenia się nad nimi, przy użyciu śrubokręta w ramach podważenia, udało się wreszcie odczepić sakwy od bagażnika i rower zawisł... Wreszcie!... Wówczas okazało się, że miejscówki mamy dokładnie na drugim końcu wagonu.
Ręce mi opadły.
Wilczy poszedł do najbliższego przedziału z widokiem na rowery negocjować - a może ktoś z państwa się zamieni na miejsca?...
Zamieniło się dwóch panów, podziękowaliśmy uprzejmie, jedna dziewczynka się przesiadła i mogliśmy wreszcie paść. I zjeść kanapkę...;)
Obok naszych miejsko-trekkingowo-niegdyś-górskich rowerów powiesiła się biała, minimalistyczna, leciutka szosówka, jadąca wraz ze swoją panią do Gdyni. Rowery natychmiast zawarły znajomość, a my za ich przykładem również :) W ten sposób poznaliśmy Sabrinę.
Podróż mijała P O W O L I... Po godzinie byliśmy już w Legionowie ;-p Po drugiej - w Nasielsku. To raptem 40 km od Warszawy, rowerem bym tam dojechała w takim tempie!...
- Jeżeli to jest ekspres - warczał półgębkiem Wilczy - to chyba się zaciął!...
W przedziale rowerowym zrobiła się imprezka. Kilku panów z piwkiem i petami się bujało między rowerami, obijając się o nie i przepychając między nimi. Za którymś kolejnym razem nie wytrzymałam i powiedziałam panom, co o nich myślę i kazałam się nie dotykać do rowerów. Oburzyli się, ale chyba posłuchali - mimo wszystko. Na szczęście w końcu wysiedli ;-p
Dojechaliśmy do Sopotu, gdzie nas zatrzymano, gdyż przed nami zdarzył się wypadek. Sabrina już była w drzwiach z rowerem, zdecydowana jechać dalej na siodełku, kiedy okazało się, że mamy jednak zielone światło i możemy ruszyć.
W pociągu zrobiło się luźniej. Do Kołobrzegu dojechaliśmy około 1.30 w nocy, wytaszczyliśmy się z gratami na peron, zapakowaliśmy na rowery i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej...
- Jest druga. O szóstej musimy być na przystani promowej. Może skoczymy na ten kemping? Obadać sytuację? Może uda się przekimać choć ze 3 godzinki?...
Pojechaliśmy. Nie było daleko, kemping się znalazł, co prawda boczna furtka, więc czym prędzej weszliśmy. Przejechaliśmy tak z pół hektara, nie znalazłszy żadnego przytomnego człowieka, za to minąwszy kolejne toalety postanowiliśmy nie jechać już dalej... Rzuciliśmy karimaty na ziemię między namiotami, położyliśmy rowery obok, rzuciliśmy na karimaty siebie i prawie zasnęliśmy, ale okazało się, że robi się zimno. Co można zrobić najprostszego w takiej sytuacji?... Ano wyjąć namiot i rozłożyć go na sobie, co też uczyniliśmy ;) Dzięki temu spaliśmy całkiem wprost POD namiotem :)

Żeby obejrzeć ten filmik pobierz Flash Player.

Tak się jeździło po Bornholmie ;)

Dzień pierwszy: Kołobrzeg - Nexo - Ronne

O 5 rano zadzwonił budzik. Symboliczne mycie zębów, zwijanie namiotu...;) I ruszamy na przystań promową. Trafiliśmy bez większych problemów, acz po kocich łbach, co było dla naszych zadów niezłym wyzwaniem. Prom stał grzecznie przy nabrzeżu, ludzie byli już wpuszczani. Przed budynkiem z kasą kłębił się niewielki tłumek. Kasjerka przyszła niebawem i zaczęła wydawać bilety. Po odstaniu swojego w kolejce mogliśmy już przekazywać rowery do wjazdu na prom.
- Te sakwy to trzeba zdjąć - powiedział pan, krytycznym okiem patrząc na mój rower. Zezłościłam się.
- Ale one się straszliwie ciężko zdejmują!... - zaprotestowałam natychmiast. Pan był jednak nieugięty, stał nade mną tak długo, aż zdjęłam te cholerne sakwy, licznik i co tam jeszcze i wreszcie kiwnął aprobująco głową, sczytał czytnikiem kodów kreskowych bilet, kóry wcześniej nakleiłam na ramie i oznajmił, że zaprasza mnie na pokład. Rower mu zostawiłam...
W wejściu na prom stał inny pan, też z czytnikiem kodów kreskowych, sczytał nim mój bilet i pokazał kąt salonu (Wilczy twierdzi, że to korytarz, ja się skłaniam bardziej ku werandzie, może przedpokoju, fakt, że takim dość konkretnym...;):
- Tam można zostawić bagaże.
Cudownie. Rzuciliśmy zatem plecak, potrójną sakwę, dwie karimaty i namiot w kąt, obok innych plecaków, sakw, karimat itd. i poleźliśmy na pokład wyżej, bo tylko tam były schodki. Znaleźliśmy się w sali kawiarnianej - najprawdopodobniej, bo właściwie ciężko było odróżnić te sale od siebie. Dosiedliśmy się do jakiegoś małżeństwa z dwójką dzieci i zastanawialiśmy się, czy najpierw kawa, czy najpierw drzemka...;)
Kawa była niezła, ale i tak nie pomogła na ciężką głowę. Zatem po drzemce była kolejna kawa z ciastem, które - przyznać trzeba - było genialne :)
Wreszcie dopłynęliśmy. Katamaran majestatycznie manewrował w basenie portowym Nexo, gdzie było strasznie ciasno, ale się zmieścił. Przycumował i już można było sobie wyjść na duńską ziemię...;)
Oczywiście zanim zapakowaliśmy z powrotem rowery, minęło sporo czasu. Wreszcie jednak ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu bankomatu i informacji turystycznej. Bankomat znaleźliśmy od razu, sklep też, zatem zrobiliśmy pożytek z jednego i drugiego...
Do sklepu, jak się okazało, wlazłam tylnym wejściem :) Nic nie szkodzi, znalazłam wodę, wzięłam najtańszą, po 23 korony jedna. Potem się okazało, że jest gazowana :) Za dwie butelki wody, paczkę salami i pół krojonego ciemnego chleba zapłaciłam prawie 80 koron. Suma lekko przerażająca...
Znaleźliśmy również informację turystyczną, skąd Wilczy wziął gazetkę z planem wyspy - bardzo dokładnym, przydał się :) I wreszcie mogliśmy ruszyć w drogę. Na południe, drogą rowerową numer 10.
Zachwyciło mnie wszystko po kolei. Jakość ścieżki rowerowej. Była asfaltowa i równiutka - zero wybojów, dziur, korzeni, pęknięć, wybrzuszeń... Gładka jak stół, szeroka, jednocześnie stanowiła chodnik dla pieszych. Nie szkodzi, jedni drugim nie przeszkadzali, rowerzyści z pieszymi żyją tu w kompletnej symbiozie :)
Wszechobecna zieleń. Małe, śliczne, kolorowe domki jak z bajki z zadbanymi ogródkami. Co kawałek słynne stragany samoobsługowe ze wszelakim dobrem. I uśmiechający się do siebie rowerzyści...
Jechaliśmy sobie kawałkiem lasu, kiedy nagle po lewej, od strony morza, pojawiło się spore wrzosowisko. Wyglądało przecudnie - wrzosowisko z widokiem na morze :)
Znów las, wioski, las. Drogi do poszczególnych posiadłości nie tylko ponazywane, ale też z tabliczkami - zwykle drewnianymi - z wyrytymi nazwami włości. Na przykład Helgaland ;) Albo Lillegarden.
W końcu dojechaliśmy do Dueodde, gdzie uparłam się znaleźć bunkry z okresu II wojny światowej. Oczywiście okazało się, że do miasteczka wjechaliśmy za daleko, zatem musieliśmy wrócić drogą nad morzem. Po krótkim kluczeniu znaleźliśmy wreszcie jeden - potężny i nieźle zachowany - bunkier. Zachwyceni pojechaliśmy obejrzeć jeszcze latarnię morską - najwyższą na wyspie, cały czas czynną i udostępnioną do zwiedzania, ale te 162 schodki i późna godzina trochę nas zniechęciły i popedałowaliśmy dalej.
Na rozstaju dróg 10 i 24 Cykelvej skręciliśmy w jeszcze inną stronę, żeby rzucić okiem na kościół świętego Piotra. Najfajniejszy w nim był żaglowiec podwieszony pod sufitem ;)
Potem zboczyliśmy znów, żeby obejrzeć wiatrak i w końcu pojechaliśmy dalej "dwudziestką czwórką". Na skrzyżowaniu z Cykelvej 21 skręciliśmy nią w lewo i już zaraz wjeżdżaliśmy do Akirkeby, po którym sporo sobie obiecywaliśmy... A które zawiodło nas srodze :)
W miasteczku prawie nic się nie działo. Kilka osób snujących się po głównych uliczkach, nieotynkowane identyczne domy z czerwonej cegły sprawiały trochę sztuczne wrażenie, pod kościołem zaparkowało auto z warszawską rejestracją... Poczuliśmy głód.
Objechaliśmy centrum w kółko, co poskutkowało znalezieniem nieczynnej restauracji. Miała się uczynnić za pół godziny. Po przeciwnej stronie ulicy była następna knajpka, ze stolikami na zewnątrz zaopatrzonymi w menu. Nawet już prawie usiedliśmy, ale lektura menu nas wsadziła z powrotem na siodełka...
W rezultacie na wyjeździe z miasta trafiliśmy na stację Shella, gdzie po prostu nabyliśmy po hot-dogu i na tym paliwku pojechaliśmy dalej.
Tak sobie dojechaliśmy do Nylars, które słynie z okrągłego kościółka. No faktycznie, okrągły był :)
Teraz zatrzymywały nas już tylko bramki przed skrzyżowaniem Cykelveja z ulicą oraz jedno urocze miejsce - porządnie zarośnięty staw na skraju lasu z kamiennym miastem dookoła. Kamienie miały wyryte różne obrazki na sobie, a odpowiednio poustawiane kojarzyły się z jakąś historią. Okazało się, że to dzieło jakiegoś lokalnego artysty, który odkrył w sobie ten dar będąc dobrze w kwiecie wieku i nudząc się setnie ;-p No i dobrze, kamulce fajne są ;)
Wreszcie dojechaliśmy do częściowego celu naszej podróży - Ronne.
Objechaliśmy je w kółko, dołem przez port, w końcu trafiliśmy do centrum w poszukiwaniu obiadu, którego nie dane nam było zjeść w Akirkeby.
Okazało się, że w Ronne to też nie będzie proste...
Pierwszy strzał - polecana knajpa w budynku starego dworca kolejowego. Pudło, wesele czy inna zamknięta impreza.
Zatem po kolei - napotykane restauracje. W sumie napotkaliśmy jedną, dość porządną, Wilczy poszedł spytać, czy możemy wejść z rowerami. Pani spytała o rezerwację i kiedy usłyszała, że nie mamy żadnej rezerwacji, odmówiła wejścia...
W końcu trafiliśmy na coś w rodzaju rynku. No, wreszcie - są jakieś knajpy!... Kawiarnie od razu dyskwalifikujemy, szukamy jedzenia!...
Stanęłam jak ta sierota z rowerami na środku a Wilczy zaczął wycieczkę po okolicznych uliczkach. Obszedł rynek dookoła. W końcu wrócił zrezygnowany, mamrocząc coś pod nosem, że Ronne - poronionne.
- No? - zachęciłam go do zwierzeń.
- No ja nie wiem, wszędzie chcą ode mnie rezerwacji!... Wchodzę, pytam o rower, a oni o rezerwację. Co to jest?...
Wyglądało na to, że spać pójdziemy głodni. O ile pójdziemy, bo na razie tkwimy na rynku w Ronne i nie wiadomo, co dalej...
- Tu jest jakiś fastfood. Jeśli usiądziemy wśród tych stolików, to może uda nam się coś zjeść...
Usiedliśmy. Nie było wyboru...
Wilczy wrócił po 10 minutach sterczenia w kolejce z głupim wyrazem twarzy i teoretycznie pipczącym urządzeniem w ręku.
- Zacznie wyć i się świecić, jak wywołają nasze zamówienie - powiedział, kładąc krążek na stoliku. Colę przyniósł od razu, całe szczęście. Wypiliśmy ją prawie, zanim dotarło jedzenie...
Po kolacji zrezygnowaliśmy z zamiaru jazdy do Nyker na kemping, postanowiliśmy przenocować na tym bliższym, w Ronne. Nawet trafiliśmy tam bez większych problemów. Tyle, że recepcja była czynna do 19 i potem to już nie było szansy, żeby spotkać jakiegokolwiek żywego człowieka opiekującego się terenem...
Sterczeliśmy w okolicach rejestracji, rozglądając się wokół. Przyuważyliśmy, że wejście do łazienki jest na kartę kodową, no bardzo ładnie, pewnie łazienki są czyste i pachnące i pewnie nawet w każdej kabinie jest papier toaletowy... tylko że my tam nie wejdziemy. Napotkana para starszych państwa oznajmiła, że o tej porze to rzeczywiście nie mamy gdzie szukać nikogo z obsługi, a ten drugi budynek tam to kuchnia jest. Aha.
Kuchnia była otwarta na przestrzał i świetnie urządzona. Kilka kuchenek, kilka zlewów, stoły, szafy z garami i tak dalej. No full wypas normalnie... Zaświtała mi w głowie pewna myśl...
Tymczasem pojechaliśmy w kąt przestrzeni przeznaczonej pod namioty. Już po ciemku znaleźliśmy w miarę przystępne miejsce i szybko postawiliśmy naszą chińską dwójkę oraz upchnęliśmy w niej wszystko, co niezbędne. Rowery związaliśmy i położyliśmy obok, po czym zrobiliśmy bandycki napad na kuchnię, skąd rąbnęliśmy miskę pełną ciepłej wody, zanieśliśmy ją pod krzaki za namiotem i... umyliśmy się na tyle, na ile zdołaliśmy w tej trudnej sytuacji :) Trzeba sobie jakoś radzić, nie? ;-p Miska, porządnie potem wypłukana, wróciła do kuchni, a my padliśmy spać...

Mapka:

Dzień drugi: Ronne - Nexo - Kołobrzeg

Budziki tym razem rozdzwoniły się o 6 rano. Wywlokłam Wilczego z namiotu czym prędzej, bo okazało się, że nachuchaliśmy tak, że na nas kapie. Szybciutkie poranne ablucje w kuchni i zwijanie obozowiska. Tym razem przynajmniej było widno...
Mimo wczesnej pory okazało się, że tłumy ludzi się już plączą po okolicy. Jacyś starsi panowie, co to spać nie mogą, siedzą sobie na krzesełkach przed namiotami, przyczepami... Do łazienek całe wycieczki. Na szczęście wycieczki omijały kuchnię ;-p
Szybko się spakowaliśmy i w drogę - z powrotem do Nexo, bo musimy zdążyć na prom...
Śniadanie zjedliśmy w Ronne na skwerku z widokiem na port, w którym zacumował Christian Radich - no i gdzie się człowiek nie obejrzy, to dopadają go żaglowce! ;) I pojechaliśmy z powrotem, w kierunku wschodnim. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o stację benzynową, gdzie uzupełniliśmy zapasy wody oraz o piekarnię na numerki...;)
Weszliśmy, żeby kupić sobie jakieś buły w ramach jedzenia w ciągu dnia, słusznie podejrzewając, że skoro wczoraj - w sobotę - były kłopoty z czynnymi i chętnymi nas przyjąć knajpami, to dziś też tak może być. Zatem zapasy uzupełnić trzeba. Obejrzeliśmy sobie towar. Z jednej strony były buły i chleby, pieczywo ogólne, z drugiej - słodkie ciasteczka. Zainteresowały nas buły, wybraliśmy ofiary, po czym przyjrzeliśmy się, jak odbywa się sprzedaż... Ano przy wejściu stoi sobie taka maszynka, drukująca bilecik z numerkiem, a za ladą pani ten numerek wywołuje. Dziękować bogom, numerek jednocześnie wyświetla się na monitorku pod sufitem - bez tego z naszą znajomością języka duńskiego moglibyśmy sobie pomarzyć o zorientowaniu się, że to nasza kolej...;)
Za miastem, na rozstajach dróg, wybraliśmy Cykelvej numer 22. Biegnie ona przez środek wyspy, przez tereny najbardziej zielone i niestety - najbardziej górzyste... Może prócz północy wyspy, tam też podobno są górki.
Najpierw mijaliśmy pola golfowe, wczoraj wieczorem świeciły pustkami, dziś plątali się po nich amatorzy golfa. Niektórzy z wynalazkami typu samobieżny worek na kije :) Potem dojechaliśmy do Vestermarie, gdzie tabliczki z nazwą miejscowości stały po obu stronach drogi. A na wyjeździe z miasteczka Wilczy usiłował zgubić łańcuch...:) A potem to już wjechaliśmy w las i było naprawdę bardzo miło i przyjemnie, bo nawet żadne komary nas nie gryzły. Co jakiś czas robiliśmy postoje, znaleźliśmy kompanię grzybów, wieżę obserwacyjną dla amatorów ptactwa, składowisko bali...
Okazało się, że drogi dla rowerów są tu jednocześnie drogami dla samochodów - często to jedyna droga dojazdowa do porozrzucanych daleko od siebie domostw. Niemniej jednak rowerzyści mają tu absolutne pierwszeństwo, o czym przekonaliśmy się, kiedy jechaliśmy na czołówkę z busem na wąskiej, leśnej dróżce. Bus zwyczajnie zjechał na bok i zatrzymał się, czekając, aż bezpiecznie przejedziemy, a kierowca się do nas uśmiechał i nie wyglądał na ani odrobinę zniecierpliwionego czy złego z tego powodu, że opóźniamy mu podróż... Jakiś inny kraj normalnie!...
Kręciliśmy się po tym lesie i kręciliśmy, aż się zastanowiłam...
- Wilczy! Czemu jeździmy w kółko?
- Bo to jest sport dla skołowanych ludzi...
Potem zaczęły się górki. W dół zjeżdżało się łatwo i przyjemnie, tym bardziej, że nawet jeśli jechaliśmy nie asfaltem, a polną drogą, była ona równiutka. Można było jej bez obaw zaufać :) Ale podjazdy... Przy takim 10% nie wytrzymałam, zlazłam z roweru i stwierdziłam, że nie będę się wygłupiać. Wilczy dojechał do połowy, po czym poległ również :)
- Kto tu postawił tę górkę? - warczałam przy każdym kolejnym wzniesieniu. Wreszcie osiągnęliśmy chyba szczyt - piękna polanka z widokiem na wiatraki i morze w oddali. No bardzo tu ładnie, tylko czy nie można było windą?...
Na szczęście potem już było głównie z górki. I to tak porządnie. My jechaliśmy pod górkę, potem trochę płaskiego, pod górkę, lekki zjazd, pod górkę... A tutaj był po prostu jeden długi zjazd - i to było super, ale tylko jeśli jechało się w tę stronę ;)
- Widzisz - wymamrotałam do Wilczego na którymś kolejnym przystanku, na który dojechałam po osiągnięciu pierwszej kosmicznej rowerowej. - Jak to dobrze, że jedziemy w tę stronę. Wyobrażasz sobie, że musiałbyś pod to podjechać jednym ciągiem?...
- W życiu - odpowiedział Wilczy, schodząc trochę koślawo z roweru. Aha, siodełko daje się we znaki...;)
W pewnym momencie przecinaliśmy jakąś trasę. Barierki nas zatrzymały, przecisnęliśmy się przez nie, po czym przystopowało nas radykalnie. Szosą jechała kawalkada starych, zabytkowych samochodów...
Pstryknęłam jedno zdjęcie, drugie, trzecie... Byłam pewna, że tych aut będzie tylko kilka!... Tymczasem zza zakrętu wyłaniały się coraz to kolejne! Zmieniłam aparat na porządny i zaczęłam pstrykać jak szalona. Ludzie w autach pozdrawiali nas, machali, cieszyli się i jechali dalej. Ze trzy razy chowałam już sprzęt, kiedy znów wyjeżdżało coś interesującego. I tak przestaliśmy ze 20 minut przed tą szosą, zanim pojechaliśmy dalej :)
Cały czas trzymaliśmy się Cykelveja 22. Pod kolejną wieżą obserwacyjną urządziliśmy sobie postój. Wówczas moją torbę na kierownicę upodobał sobie motylek, który na niej osiadł i wyglądał tak, jakby chciał tu zamieszkać. Nie przeszkadzało mu nic kompletnie, spłoszył się dopiero, jak mu za bardzo machałam obiektywem przed nosem...;)
Generalnie z owadów polubiły nas jeszcze biedronki, nie jestem pewna, czy nie przywiozłam jakiejś w namiocie - te, które znalazłam, wytrzepałam, ale zagnieździło się ich tam kilka sztuk...
Po przejechaniu jeszcze przez wądoły, które Duńczycy nazywają Rajskimi Pagórkami, miałam podjazdów dość na co najmniej resztę życia. Rzeczywiście przepięknie tu, ale na litość boską, nie dałoby się bardziej po płaskim?!?...
Po drodze kilkakrotnie mijaliśmy ogromne traktory. Fajna taka maszynka, koła miała ze dwa razy większe ode mnie...;) Po polach plątały się też kombajny, produkując straszny pył - na szczęście zawsze byliśmy na zawietrznej :) Wilczy skomentował sytuację:
- Bornholm - kraj małych domków i wielkich traktorów.
Wreszcie dotarliśmy do wybrzeża i mając jeszcze chwilę czasu, skręciliśmy w lewo, do Arsdale. Poszukać wędzarni...
To akurat się udało bez problemu, trafiliśmy na wędzarnię przy głównej ulicy, niedaleko morza, osiedliśmy tam i miły pan zaproponował nam ofertę w pigułce. Czyli talerz specjałów za 110 koron od głowy.
Problem polegał na tym, że tyle to mieliśmy w sumie. A kart płatniczych pan nie przyjmował... Za to skierował nas do sklepu, w którym funkcjonował cash back, czyli można było gotówkę wypłacić z karty z kasy sklepowej :) Co też czym prędzej uczyniliśmy i wróciliśmy do wędzarni z cieknącą ślinką...;)
Do dwóch porcji wędzonych ryb zamówiliśmy po piwku z browaru w Gudhjem, oklapliśmy przy wielkim stole i zrobiło nam się dobrze.
Po chwili dostaliśmy jedzonko :) Kilka fragmentów różnych ryb, wędzona ikra, sosy, sałatka ziemniaczana i śledź - ten słynny śledź, mięciutki, pyszny :) W sumie porcja nie wyglądała na dużą, ale najedliśmy się, chociaż nie nażarliśmy się :) Potem jeszcze - dzięki uprzejmości pana - zwiedziliśmy wędzarnię i powędrowaliśmy na obchód miasteczka. No i popedałowaliśmy z powrotem, do Nexo...
W Nexo - jako, że byliśmy przed czasem - obejrzeliśmy domki, które Duńczycy dostali od Szwedów po II wojnie światowej. Faktycznie, wszystkie identyczne, różniły się tylko kolorem malowania :) Wróciliśmy do portu, zaobrączkowaliśmy rowery nowymi biletami i zaczęliśmy się przygotowywać do zaokrętowania, przyglądając się jednocześnie grupie nurków, którzy przygotowywali się do zejścia POD nasz katamaran... No, ale halo? Coś jest nie tak?... Mamy dziurę?!?...
Nurkowie wskoczyli i przestali być atrakcją, bo trzeba było wsiadać. Tym razem zajęliśmy jedyne wolne miejsce - kanapę przy wejściu do... dyskoteki. Reszta pomieszczenia zajęta była przez dzieciarnię, wracającą z jakiegoś obozu. Na szczęście byli mało inwazyjni, chociaż obsługa statku miała z nimi trochę roboty, ściągając bachory z relingów i przyprowadzając do opiekunów. I tak co pół godziny ;)
Dopłynęliśmy do Kołobrzegu o 22.30, zanim wypakowaliśmy się z katamaranu i zapakowaliśmy na rowery, było już chyba po 23. Pojechaliśmy na dworzec, bo do domu trzeba jakoś wrócić. Bez większego problemu kupiliśmy bilety na pociąg o 2:57, zatem resztę nocy w Kołobrzegu spędziliśmy najpierw na poszukiwaniu miejsca, w którym można się napić herbaty (dostaliśmy ją wreszcie w zamykanej już knajpce w plastikowych kubeczkach), a potem - żeby nie zasnąć - w poszukiwaniu jedzenia. Niestety, prócz czekolady i tego typu atrakcji nie znaleźliśmy niczego sensownego na jedynej stacji benzynowej, którą udało nam się odkryć po przejechaniu chyba z miliona kilometrów po tym mieście. Współczuję Kołobrzeżanom, jeśli ich o 2 w nocy najdzie na hot-doga ze Statoila, to mogą się obejść smakiem ;-p
Wreszcie zapakowaliśmy się do pociągu, bo już stał. Spokojnie i bez stresu powiesiliśmy i przypięliśmy rowery, bezczelnie zajmując przedział tuż obok nich, chociaż miejscówki dostaliśmy wręcz w innym wagonie. Po rozlokowaniu bagaży uzyskaliśmy porozumienie - Wilczy śpi po jednej stronie przedziału, ja po drugiej. I tak aż do Warszawy Wschodniej...;)

Mapka:

Ciężkie jest życie rowerzysty... nadal! :)

Po powrocie do domu i rozpakowaniu się wreszcie mogłam wejść do wanny i zmyć z siebie to wszystko, co osiadło przez ostatnie 3 dni. A potem - chociaż czułam się w sumie wyspana - położyłam się kontrolnie do łóżka. Na chwilę. Była 15.
O 22 obudziłam się na chwilę, zerknęłam, co tam fajnego jest w lodówce i położyłam się spać z powrotem.
Wstałam o 8 rano dnia następnego...
Piękna dotychczas pogoda popsuła się całkiem i przez 3 dni co chwila lał deszcz.
To nam się jednak wyjazd udał ;)


Wyszperane w sieci:

Kemping w Kołobrzegu
Kołobrzeska Żegluga Pasażerska
Visit Denmark
Portal o Bornholmie
Kemping w Ronne


psyche