Borne Sulinowo, 14-18.07.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Zielone Borne :-)

Że pojedziemy do Bornego, wiadomo było już miesiąc wcześniej. Właściwie w interesach, a przy okazji... ech, te lasy! :)
Wilczy dotarł grubo po północy, zatem wyruszyliśmy z samego rana po 11 :) Ojciec, po naszym wstępie porannym, stwierdził, że nie jest pewien, czy wytrzyma z nami w samochodzie, ale jednak zaryzykował... Upchnęliśmy się jakoś w aucie (no dobra, bez gitary i wędek dało radę...) i ruszyliśmy na północny zachód.
Na obiad zatrzymaliśmy się przed Bydgoszczą w Gościnnej Chacie, bo już marudziłam, że jak zwykle wszystko jest nie takie i przyjdzie nam korzonki gryźć. Okazało się, że jest to całkiem przyjemne miejsce i jedzonko mają wyszukane, a do tego miłą i sprawną obsługę, więc w bardzo dobrych humorach po godzinie ruszyliśmy dalej.
Dalej była Bydgoszcz i godziny szczytu, więc jechało się powoli...
A potem okazało się, że jest objazd. Już był w ogródku, już witał się z gąską... a tymczasem - proszę bardzo - droga do Wałcza ZAMKNIĘTA i koniec!... No dobra, nie to nie, pojedziemy na Szczecinek.
W międzyczasie pojawił się drogowskaz na Borne Sulinowo i Wilczy bardzo niepewnie zapytał: skręcić?...
- Nie wiem, no może i skręcić... - otrzymał odpowiedź jeszcze bardziej niepewną, bo na mapie nie wiadomo było, co to za droga. No i nie skręcił.
W Szczecinku pogubiliśmy się deczko i w rezultacie zrobiliśmy zakupy nieoczekiwanie. A potem już do Bornego trafiliśmy bez pudła. Również na pole namiotowe trafiliśmy, chociaż w pierwszej chwili ciężko nam było uwierzyć, że to, co widzimy, jest polem...
No bo tak:
- duże,
- puste,
- z parasolami i barkiem,
- naprzeciwko stadionu...
Pojechaliśmy dalej, szukając innego miejsca, w rezultacie objechaliśmy kwartał w kółko, odkrywając dzielnicę willową :) Zleźliśmy nad wodę, wyczailiśmy fajny placyk ze zjazdem nad samym jeziorem, a potem się okazało, że to teren straży pożarnej i zjazd jest zamknięty szlabanem. Co prawda, szlaban ów ruchomy jest bardzo i bez problemu się go podnosi, ale jednak teren teoretycznie zamknięty jest i basta. Pozostało nam wrócić na oznaczone pole namiotowe...
- Dzień dobry, czy tu można gdzieś rozbić namiot?... - zaczęłam niepewną konwersację z osobami za barem.
- A proszę bardzo... Tu jest prąd, tutaj toalety, prysznic, tutaj cennik... Tam dalej jest jeszcze polana tak trochę bardziej schowana...
Świetnie, poszliśmy zatem szukać wygodnego miejsca. Muzyka rosyjska podkreślała nazwę pola: "U Saszy". Pogoda na razie sprzyjała, zimno strasznie nie było, ustawiliśmy się zatem pod drzewkami w rogu pola. Ilość szyszek wskazywała na to, że jeszcze w tym roku nikt tutaj nie biwakował...
Szok przeżyłam, rozpakowując namiocik dla ojca, bo był w kiepskim stanie i już myślałam, że trzeba będzie go ulokować albo w samochodzie, albo u nas, ale jednak mimo pogiętych szpilek i rozklekotanych masztów dało się go postawić. Tyle że trochę powarczałam: dobry zwyczaj - nie pożyczaj...
Materace pompowałam już przy piwku i dobrze mi z tym było bardzo, potem zrobiliśmy kolację i jakoś tak okazało się, że jest już dość późno, poszliśmy zatem się zameldować.
Pole prowadzone jest przez ukraińskiego fotografa Oleksandra i jego żonę Wierę, stąd muzyka :) Potem okazało się, że Oleksandr - a właściwie Sasza - mieszkał w Bornem za czasów radzieckich i pracował właśnie jako fotograf. A Wiera była nauczycielką. Po oddaniu miasta Polsce wrócili na Ukrainę, ale jak tylko mogli - przyjechali do Bornego z powrotem.
Zmęczeni drogą dość szybko poszliśmy spać, z nadzieją na ładną pogodę w czwartek i... obudził nas szum kropel o tropik. Zezłościłam się i zasnęłam z powrotem, sądząc, że to tylko nocny, przelotny deszczyk. A guzik, padało cały ranek!... Co prawda momentami tylko mżyło, chwilami przechodziło zupełnie, ale jednak mokro było ciągle... Paskudnie :-(
Po szybkim śniadanku powędrowaliśmy do miasta, gdyż celem naszej wycieczki było mieszkanie dla ojca. Odwiedziliśmy kilka spółdzielni mieszkaniowych, jedną znaleźliśmy w stanie upadłości, zarejestrowaliśmy się w Pomorskiej Giełdzie Nieruchomości (a Wilczy? nie, nie, ten pan jest z nami tylko turystycznie...), porozmawialiśmy z pracownikami Urzędu Gminy i obeszliśmy Borne Sulinowo dookoła.
Powietrze cudowne. Mimo że czasem padało, oddychanie było przyjemnością.
Widoki przedziwne. Już w zeszłym roku, jak przejeżdżaliśmy przez Borne, zwróciły naszą uwagę ruiny koszarowców i nie-wiadomo-czego, teraz mieliśmy okazję przyjrzeć się im z bliska. Jednopiętrowe budynki, z mieszkaniami wielkości około 70 metrów i większymi, z poddaszami, odnowione, stoją w bezpośrednim sąsiedztwie autentycznych riun. W ciągu raptem kilku lat budynek potrafi tak zniszczeć!... Niesamowite. Brak okien, drzwi, odpadający płatami tynk, gruz walający się wszędzie, rozbite kawałki ścian, podłoga jak klepisko, a nawet w gorszym stanie, schody rozlatujące się... i tylko gdzieniegdzie w kroplach deszczu błyszczał nowy dach, a na ścianie budynku widniał napis: własność którejś tam spółdzielni. Widać, będą remontować...:)
Wędrowaliśmy tak od spółdzielni do spółdzielni, od osiedla do osiedla, między tymi ruinami i odnowionymi koszarowcami.
Szliśmy właśnie obok jednej z ruin, lekko zaczynał po raz siedemdziesiąty trzeci padać deszcz. Nagle kątem oka zauważyłam, że pada na mnie cień i ten cień się przesuwa... Pierwsze skojarzenie: koszarowiec się wali!... Spada na mnie jakaś cegła alboco!... Ratunku!... - zrobiłam jakiś nerwowy ruch, a Wilczy na to:
- No dokąd leziesz, poczekaj, parasol właśnie rozpinam...
Zabrakło mi na chwilę tchu. Ta ściana betonu, która na mnie spadała, to był cień rzucany przez parasol otwierany przez Wilczego nad moją głową. On po prostu chciał mnie od deszczu ochronić...:-)
Na koniec wycieczki zajrzeliśmy do Pomorskiej Giełdy Nieruchomości, podpisaliśmy cyrograf i wróciliśmy na pole, na obiadek. A potem postanowiliśmy zwiedzić okolicę, a konkretnie pokazać ojcu wrzosowiska, które zachwyciły nas jesienią. Jak zwykle się na nich zgubiliśmy :) Ja tylko chwila jęczałam cichutko: ratunku... gdzie ty jedziesz... zostaniemy tu w tych piachach już na zawsze... utkniemy... twoje auto to nie jest terenowiec... ratunku!!!... - bo faktycznie, Wilczy uparł się, że przez to wszystko przejedzie. I przejechał. Ciekawe, kiedy będzie miał do wymiany amortyzatory albo co ;-p
Okolicę obejrzeliśmy jeszcze od południa i zatrzymaliśmy się w pewnym miejscu celem krótkiej wycieczki do lasu.
Z krótkiej zrobiła się ciuteńkę dłuższa, a potem okazało się, że ciekawe, co my zrobimy z tymi wszystkimi grzybami, co mamy ich całą masę...:) I czas wracać do domu, żeby je oporządzić :)
Znaleźliśmy sporo szatanów, ale eliminowaliśmy je od razu, za to nie widziałam ani jednego porządnego czerwonego muchomora. No taki ładny grzybek!... ;-p Za to trafił mi się jeden prawdziwek :)
Zapomniałabym o kotku!...
Zatrzymaliśmy się w miejscu oznaczonym jako biwak, zaraz nad rzeczką. Wyszliśmy z auta i... przybłąkał się do nas kotek. Mały, młodziutki, wygłodniały - po prostu przylazł i zaczął rozdzierająco miauczeć... Co było robić, żarcie mieliśmy ze sobą, odkroiłam więc kawałek kiełbasy i dałam mu. Nawet nie odszedł nigdzie, pochłonął ją w zatrważającym tempie od razu na miejscu, po czym popatrzył na mnie z wyrzutem, że tak mało... Dostał więc następny kawałek i następny, aż uznaliśmy, że mu wystarczy, bo pęknie :-) Zamknęliśmy auto i poszliśmy w las. Pilnując, aby kotek nie poszedł za nami...
Wróciliśmy z nadzieją, że sobie gdzieś poszedł, a nie wlazł pod auto. Ale na wszelki wypadek zajrzeliśmy pod samochód, wołając i hałas robiąc w ogóle duży, kotka widać nigdzie nie było, Wilczy przez przypadek włączył alarm w aucie, potem zatrąbił, uznaliśmy, że kotek nas opuścił, zapakowaliśmy się i Wilczy ruszył.
I wtedy, dzikim pędem i ze zjeżoną sierścią, wyskoczył spod auta nasz kotek.
Sprytnie się ukrył, nie ma co...
Wróciliśmy do namiotów, zaczęliśmy czyścić te grzyby i jak okazało się, że zabraknie nam naczyń na nie, to postanowiliśmy oddać je Wierze. Potem oddaliśmy jeszcze jedną partię, bo gotować tak i gotować... i gotować... i tak wyszło chyba ze 3 menażki i to pełne :) Wiera się ucieszyła, w zamian dostaliśmy po batoniku (faaajnie!) i w końcu, po długim strasznie czasie, udało się zjeść coś na kształt kolacji. Grzybki rulez:) Chociaż nie wiem, czy nie wolałabym się nimi zajmować w normalnej kuchni...
Tego wieczora ustaliliśmy, że ojca położymy w samochodzie, bo jakoś zimno się zrobiło i w ogóle ten namiot jakoś sklapciał, więc rozłożyliśmy siedzenia, wymościliśmy wszystko śpiworem i kocami i okazało się, że jest już 22.00 i oni zamykają interes, a my zostaliśmy bez piwka!... Czym prędzej powędrowaliśmy do budki z duszą na ramieniu...
- Tak, a jakie piwo chcecie?... - ufff!...:)
Niebo piękne i czyste, tylko cokolwiek zimno. Jest szansa na pogodę następnego dnia. Nareszcie!... - takie rozważania snuliśmy przed zaśnięciem.
Obudził mnie... DESZCZ!... Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Postanowiłam jeszcze trochę pospać, na wszelki wypadek, bo może przejdzie. Ale niestety, nie przechodziło, wręcz się nasilało z każdym moim przebłyskiem świadomości. No co za pogoda!...
W końcu trzeba było wstać. W drodze do łazienki trochę zmokłam, na szczęście okazało się, że deszcz przechodzi w mżawkę i powoli się kończy. Zerknęliśmy na rozkład jazdy autobusów i wyszło nam, że - jeśli ojciec ma jechać do domu - musimy się pospieszyć, bo mamy coraz mniej czasu do tego autobusu... A ojciec, połamany po drugiej średniowygodnej nocy i zmarznięty, chciał wracać. Więc szybkie śniadanko. Co chwila - jak to bywa w takich przypadkach - okazywało się, że coś jest schowane w bagażniku (bo ciągle nie posiadamy stolika, zawsze jakoś się bez niego obywaliśmy), więc trzeba tam delikatnie zajrzeć. Delikatnie, bo woda spływająca z maski leci prościutko do środka i na przykład zalewa nam ręczniczki papierowe, które jednak lepiej sprawują się suche niż mokre... Sytuacja zrobiła się lekko nerwowa, dżem z kanapek jakoś spływał na boki, żółty ser krojony na sugestii deski do krojenia na tylnym siedzeniu astry kroił się bardzo krzywo i w ząbki, herbata była jakaś za gorąca... W końcu śniadanie stało się faktem dokonanym, teraz tylko trzeba sprzątnąć pobojowisko, co cenniejsze rzeczy zapakować do auta i w drogę! - do Szczecinka.
W Szczecinku pojechaliśmy sprytnie na dworzec kolejowy, sądząc błędnie, że autobusowy może być obok. Nie był, zatem zapytałam się kulturalnie dwóch panów, jak trafić na dworzec PKS. Panowie zaczęli nam tłumaczyć we dwóch naraz, w dodatku każdy mówił o innej drodze. Zgłupiałam. W końcu panowie ustalili wersje między sobą i mogliśmy wysłuchać w skupieniu wskazówek. Pojechaliśmy. No i proszę, trafiliśmy bez pudła, Wilczy zatrzymał się obok, poszliśmy kupić bilet.
Biletów niet. U kierowcy. No dobra, jak tak, to tak, czekoladę na drogę i na przystanek.
Przyjechaliśmy idealnie, bo autobus za kilka minut podjechał, ojciec wsiadł, kupił bilet, rozjarzył się, bo jako emeryt zapłacił jakies nieduże pieniądze, pomachaliśmy mu na pożegnanie i powędrowaliśmy w miasto.
Szczecinka jeszcze nie zwiedzaliśmy, zatem najwyższy czas, tym bardziej, że może jakieś zakupy by nam się przydały.
Najpierw nabyliśmy zatem ciasteczka. No bardzo przepraszam, ale nie mogłam się oprzeć... Wilczy, jawnie protestując, został przed sklepem, patrząc na mnie potępieńczo, ale ciasteczka potem pochłonął w większej części ;-pp Potem nabyliśmy różne mapki. Usiłowaliśmy to zrobić w informacji turystycznej, ale chyba bardzo przeszkadzaliśmy panience za biurkiem, bo patrzyla na nas z ogromną niechęcią i nie potrafiła nic zaproponować, więc poszliśmy do pierwszej lepszej księgarni i proszę!...:) Potem trafiliśmy miskę. Nie zastanawialiśmy się nad zakupem, bo miska była naszym celem numer jeden od dość dawna, i tylko lenistwo w połączeniu z zanikami pamięci sprawiło, że jeszcze jej nie mieliśmy. Miska zatem jest piękna, granatowa, mieści się w kole zapasowym (no zostało jeszcze trochę miejsca, ale baliśmy się, że będzie za duża, więc tej większej nie kupiliśmy...) i nareszcie jest w czym się myć pod namiotem :) Przeszliśmy się deptakiem, podziwiając miasteczko i poczuliśmy - rzecz jasna - głód. Ale knajpek jakoś ani widu, ani słychu... Wypatrzyliśmy jedną, postanowiliśmy jeszcze poszukać, trafiliśmy na bazarek, w końcu wróciliśmy do tej pierwszej. Okazało się, że jest rewelacyjnie :) Zupka pyszna, obsługa świetna, no wszystko jak najbardziej na miejscu i nawet toaleta całkiem w porządku. W końcu postanowiliśmy wracać, ale turystycznie, czyli zatrzymaliśmy się najpierw przy cmentarzu radzieckim przed Bornem.
No i tutaj coś nas zdziwiło - sporo grobów, ale samych małych dzieci - wręcz niemowląt, trochę większych, kilku nastolatków i może ze cztery sztuki dorosłe. Co tu się działo?... Dlaczego tu są same dzieci???...
Potem pojechaliśmy do wypatrzonej na mapie nieistniejącej wsi Stare Borne. Droga była pasmem męki. Asfalt... raczej momentami można było się domyśleć, że był... kiedyś. Wieś faktycznie nie istniała, stanęliśmy na rozdrożu, dookoła zarośla, las, krzaki, trawa po pas i hałas wszelakich owadów. Pogoda zrobiła się niezła, zatem powędrowaliśmy kawałek w te zarośla, usiłowałam nagrać bzykanie jakiegoś świerszcza, ale niestety, dyktafon nie dał sobie z tym rady, zatem odpuściłam. Jeszcze kilka zdjęć i dalej, szlakiem rowerowym "bunkry", niekoniecznie rowerem, ale może następnym razem już tak :) Jechaliśmy sobie z prędkością turystyczną, jakieś 30 km/h i rozglądaliśmy się po okolicy. Co chwila któreś z nas wykrzykiwało: o, tu, tu, gdzie to drzewko, widzisz? no widzisz? tam bunkier jest!...
Wreszcie wróciliśmy do miasta. Pojeździliśmy jeszcze po uliczkach, wypatrując ogłoszeń w oknach: "sprzedam" i w rezultacie jedno z takich ogłoszeń wypatrzyliśmy dwa razy. Bardzo podoba mi się dzielnica zadrzewiona, chciałabym właśnie tam ojcu kupić mieszkanie... tylko jednak tam jest drożej, a i mieszkania większe. Wróciliśmy zatem do namiotu, zorganizowaliśmy jeszcze jakiś posiłek i powędrowaliśmy na piwko do ogniska. Akurat była impreza dla dzieci, dobiegała już końca, jak wracaliśmy, więc muzyka z ukraińskiej zamieniła się na piosenki dla dzieci. Potem z powrotem wróciły rytmy wschodnie.
Wieczór upłynął na rozmowach z Saszą, Wierą i dwojgiem sympatycznych ludzi przy ognisku. Wytrzymaliśmy dość długo, bo praktycznie stoliki już opustoszały i zrobiło się cicho i spokojnie, a my jeszcze rozmawialiśmy z Saszą. Intrygująca postać - chociażby dlatego, że okrywa go nimb tajemnicy mieszkańca Bornego Sulinowa z czasów radzieckich. Poza tym fotograf, co dla mnie nie jest bez znaczenia:))) W rezultacie mamy album z fotografiami z tamtych czasów z dedykacją :) On też podsunął nam pomysł wyjazdu na Krym i jeśli jednak kiedyś się na to zdecydujemy, to z pewnością dzięki niemu!...
Nocą późną kładliśmy się już spać. Gwiazdy, jak co wieczór, zapowiadały piękny dzień, ale do tej pory kłamliwie strasznie. Tym razem jednak miały rację - sobota obudziła nas... świergotaniem ptaków ale nie dudniącym deszczem :) Wstaliśmy ochoczo (hehe), pochłonęliśmy śniadanko i zaczęliśmy się pakować. Do domu daleko, lepiej więc wyruszyć już dziś. Ale najpierw...
Najpierw to Wilczy musiał, no po prostu musiał, podskoczyć nad swoje ukochane jeziorko Kortkowo. Tam, gdzie w zeszłym roku spędziliśmy kilka dni marznąc potwornie pod namiotem. No dobra, musi, to musi, nie ma rady...:) Pojechaliśmy. Droga za wsią okazała się być zdecydowanie terenowa. Zaprotestowałam gorąco przeciwko głupim pomysłom przy pierwszej kałuży, ale Wilczy odważnie pomacał kałużę patykiem, stwierdził, że jest twarde dno i on przejedzie. No i przejechał, tylko po to, żeby stanąć zaraz przed następną kałużą, większą i w ogóle bardziej rozbudowaną. Miałam nadzieję, że jak trochę ponarzekam, to zrezygnuje z głupich pomysłów, ale gdzie tam. Wymacał cały ciąg kałuż i przejechał. Do następnej. Tym razem uciekłam z samochodu, oczyma duszy widząc, jak on grzęźnie w tym bagnie, rozległym i nie wiadomo co mającym w środku, poszłam poszukać jagódek, żeby nie patrzeć na tą masakrę i zastanawiałam się już, czy daleko do najbliższej chaty z jakimś traktorem, żeby go z tego błota wyciągnąć w razie czego... i proszę - przejechał!!!!.... Skapitulowałam, wsiadłam z powrotem, dojechaliśmy na miejsce i zrobiliśmy sobie ognisko. Malutkie, takie tylko na kiełbaski na obiad:) Okazało się, że babskie gazety palić się nie chcą, a chrustu tutaj ani na lekarstwo... Ale jakoś daliśmy radę. Wilczy oczywiście musiał się wykąpać...:)
W końcu mogliśmy jechać dalej. Najpierw przejechaliśmy przez Gródek. Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że miasteczko robi się coraz bardziej zamieszkałe - ów blok, w którym były zajęte dwa lub trzy mieszkania we wrześniu 2003, teraz był zajęty co najmniej do połowy... Poza tym nic się nie zmienilo. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tyle że tłoczniej...:) Chyba trafiliśmy na jakąś wycieczkę...
Potem pojechaliśmy szukać zwalonego mostu nieczynnej linii kolejowej koło Jastrowia. Znaleźliśmy - faktycznie, na Gwdzie jest fantastycznie wyglądający most w ruinie, musieliśmy go obejrzeć z obu stron. No i zachciało nam się na kajak i tak tymi rzeczkami... ech! :) To wszystko przed nami!
Trzeba było wracać, bo już zrobiło się raczej późno, a my nie mieliśmy pojęcia, gdzie będziemy nocować. Drogą trochę naokoło, ale za to z pięknymi widokami, przez Złotów, Więcbork, Mrocza i Koronowo ominęliśmy Bydgoszcz. W ogóle po drodze miejscowości nam się rozdwajały - dwa razy wjeżdżaliśmy do Kotomierza, Złotowa i Czernikowa. Widzieliśmy piękny drogowskaz: Warszawa na wprost, Mazowsze - w lewo :) Przy okazji Kotomierza powstał wierszyk: "Mam tsy koty, tsy i pół, zaraz podam je na stół". Okrutny?...
Na nocleg, już bardzo późno, zatrzymaliśmy się w tym samym zajeździe, w którym nocowaliśmy, jak w zeszłym roku jechaliśmy w tamtą stronę i nawet pokój dostaliśmy ten sam...:)))) A w niedzielę, już spokojnie, wypoczęci, dojechaliśmy do domku. Ech, szkoda tylko, że dopiero w sobotę zrobiła się pogoda. Jak drut! :)

Wyszperane w Sieci:

Oficjalna strona Bornego Sulinowa: http://bornesulinowo.pl/
Informacja turystyczna - u Saszy: http://republika.pl/it_bornesulinowo/


psyche