Rejs Barcelona - Baleary, lipiec 2001

psyche.osx.pl / wyprawy

  Baleary w obiektywie

Dla mnie podróż zaczęła się 11 lipca o 17.30. Wsiadłam wtedy do pociągu do Łodzi. Nie zdążyłam kupić wcześniej walut, a potem okazało się to niemożliwe - nigdzie nie było peset ani franków. Zadowoliliśmy się markami...

12 lipca

Pobudka o 6 rano - koszmar. Nie można otworzyć oczu. Śniadanie i pakowanie auta przebiegło w rozlazłym tempie. W końcu ruszyliśmy w trasę. Pierwszy postój we Wrocławiu, skąd zabraliśmy naszego kapitana Agresta. Tam za wszystkie pozostałe złotówki kupiliśmy pesety i franki. Przy okazji okazało się, że nie wzięliśmy zapasowych kluczyków od naszego bolida, tylko od zupełnie innego auta. Drobiazg :) Postanowiliśmy nie gubić w związku z tym kluczyków od samochodu i optymistycznie ruszyliśmy dalej. Granicę pokonaliśmy bez problemu. Przejechaliśmy Niemcy w raczej kiepskiej pogodzie, pod wieczór już padało i to porządnie. Nocleg planowaliśmy w Mullhouse, tuż za granicą francuską. Niestety, po długich poszukiwaniach hotelu okazało się, że pozostaje nam spanie na parkingu byle gdzie. Wszystko full. Francuzi mówią tylko po francusku i ani słowa po angielsku. Znamienny dialog:
- Do you speak english?
- Yes, little...
Potem pada pytanie, jak dojechać do tego hotelu, a w odpowiedzi słyszymy potok słówek francuskich nie przetykany ani jednym słowem angielskim...
Kiedy w końcu trafiliśmy w zagłębie hotelowe, to okazało się, że generalnie wszyscy już śpią (była 1 w nocy) a w dodatku hotele są bezobsługowe, czyli o tej porze to już nic nie załatwimy. Gdybyśmy mieli rezerwację, to może... No i parking pod Carrefourem nas przygarnął.

Wilczy: Tak właściwie to ten młodociany Francuz nie skaził się ani jednym słowem po angielsku, bo jego "yhym" było cokolwiek internacjonalne ;) Poza tym, naprawdę chciał pomagać (nie mylić z "pomóc"!), ja zaś ze zdziwieniem stwierdziłem, że nauka francuskiego na studiach coś dała, bo rozumiem co najmniej jedno słowo na dziesięć. Cóż z tego jednak, skoro to było za mało, żeby skojarzyć sens większości zdań. Kilkuminutowa wymiana jego "pląpląplą" i naszego "aha..." udowodniła nam, że we Francji mówi się tylko po francusku i basta! Już wiedzieliśmy, że drogi musimy szukać samemu.

13 lipca

Spanie na tylnym siedzeniu astry w dwie sztuki nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy w życiu, niemniej jednak jakoś poszło. Poranek zbudził nas ostrym słońcem, po deszczu nie było już śladu. Połamani i zdechli dotarliśmy na stację benzynową. Okazało się, że zatankować się nie da, bo stacja otwarta będzie za pół godziny!... W dodatku automaty nie przyjmują polskich kart kredytowych bo nie i już.
Ruszyliśmy w drogę. Styl jazdy Francuzów nas zaszokował. Chyba nikt ich nie uczył do czego służą kierunkowskazy. Widzieliśmy tylko to, co się dzieje na autostradach, ale strach pomyśleć, jak oni jeżdżą po normalnych drogach... Jeśli ktoś wyprzedza, wjeżdżając na lewy pas, to jedzie tym pasem kilka kilometrów nie wyłączając migacza. Teoretycznie zjeżdżając na prawy pas powinien ten migacz wyłączyć. Ale najczęściej zapomina o tym i tak sobie jedzie np. środkowym pasem z włączonym lewym migaczem (bo prawego nie używają w ogóle) i nie wiadomo, zmienia pas, czy nie zmienia... Do tego nagminnie zajeżdżają sobie drogę i hamują z piskiem opon. I przy tym wszystkim w ogóle nie trąbią! A w ogóle to na autostradach francuskich są korki. Szczególnie koło Lionu. Natomiast mają dobrze rozwiązane informowanie, że gdzieś tam jest korek. I za ile będzie następna stacja i czy z gazem. Bo gaz tankowaliśmy nagminnie i pilnowaliśmy tylko, żeby nam go nie zabrakło do następnego korytka. Gaz tankowaliśmy samodzielnie, to tylko w Polsce są do tego specjalni ludzie. W związku z tym pierwsze tankowanie samodzielne było pełne pomyłek i w końcu obcy ludzie nam pokazywali, jak to się robi. W dodatku musieliśmy pożyczać przejściówkę...
Granicę hiszpańską powitaliśmy z wielka ulgą... Potem strasznie długo błądziliśmy po Barcelonie, zanim dotarliśmy do portu. Policjanci, drapnięci na jakiejś stacji benzynowej, byli chętni do pomocy, ale bardzo długo tłumaczyli coś o rondach: Ronda Litoral!... Wiele z tego nie zrozumieliśmy, ale jednak w końcu udało się wjechać na teren portu olimpijskiego i dotrzeć do łajby...

Wilczy: Naprawdę odwaliliśmy z Agrestem numer z tym tankowaniem! Pierwsze dwa jakimś cudem się udały, a tutaj nic, złączka węża nie pasuje! Na szczęście przypomniałem sobie, że kupiłem wcześniej przejściówkę ze stosowanego w Polsce systemu włoskiego na holenderski. Wkręciłem ją, ale to tym bardziej nie pasowało. Akurat za nami czekał na tankowanie Holender i oczywiście miałe przejściówkę odwrotną, holendersko-włoską, którą skwapliwie przymocowaliśmy do naszej, wkręconej w gwint w samochodzie. Wąż udało się podłączyć i... takiej chmury gazu płynnego, to ja jeszcze w życiu nie widziałem!!! Konsternacja... i gdy za chwilę zaświeciło nam w mózgownicach, co my właściwie odwaliliśmy, to nie wiedzieliśmy, czy zapaść się ze wstydu pod ziemię, czy zacząć histerycznie śmiać z siebie samych. Teraz już wiemy, że zamiast kombinować dwie przejściówki działające "tam i "z powrotem" trzeba było po prostu przy wkładaniu odchylić dźwignię przy złączce węża, a nie ją dociskać. Ale cóż, nie mieliśmy gdzie poćwiczyć - u nas przed tym chroni nas Państwo, zabraniając samodzielnego tankowania LPG. :)

14 lipca

Bilet komunikacji miejskiej w Barcelonie Bilet komunikacji miejskiej w Barcelonie na 10 przejazdów

Spaliśmy z Wilczym w samochodzie a Sio i Agrest w łajbie. Boże, jaka mała! Połowę mniejsza od Tanga! I my tym mamy pływać po morzu???... Pocieszam się tym, że widziałam mniejszą... Ciągle ginęły nam jakieś rzeczy. A to żel pod prysznic, a to kołek do skrzyni biegów do auta, a to mój portfel. No tu to już się popisałam, bo odkryłam, że go nie mam dopiero hen hen od portu. Okazało się, że leży w aucie na wierzchu... Dobrze, że jakoś nikt tego nie zauważył...
Po śniadaniu w Makdonaldzie poszliśmy zwiedzać Barcelonę. No, dużo tego zwiedzania nie było, bo też nie było za dużo czasu. Chłopcy zajęli się łódką a dziewczynki poszły oglądać Ramble. Ale się nałaziłyśmy!... Tam jest wszystko! Pełno straganów. Najpierw ciuchy, breloczki, biżuteria, kalejdoskopy. Potem rysunki i rysownicy. Potem kwiaty - mnóstwo! Potem zwierzęta a wszędzie pomiędzy mimowie. I inni artyści...
W łódce atmosfera się zagęściła, bo ciasno i wszystko poginęło. Na dziobie - wysokość siedzącego psa. Wyprostować się nie da nigdzie. Najlepiej zamienić się w węża... Jestem cała poobijana! Śpimy na dziobie. Nad nami niebo, forluk otwarty, ciepło. Przykryliśmy się tylko prześcieradłami. Pierwsza noc na łódce. Wszystko trzeszczy, buja, ale tylko troszkę. Odgłosy portu nikną. Poprzednia załoga śpi częściowo w naszym aucie, częściowo na kei.
Obudził nas grzmot. Potem huknęło i lunęło. Straszliwie śpiący przymknęliśmy klapę forluka, żeby nam nie padało w twarz. Agrest walczył, żeby łajby nie zalało, wypompowywał wodę z zęzy. A miało być tak pięknie...

Wilczy: Jedna z rzeczy niemożliwych do zrobienia w Barcelonie: zakup akumulatora samochodowego! Jak się potem okazało, to była pierwsza z wielu rzeczy, które w Polsce są dość trywialne, a w Hiszpanii graniczą z cudem. To ma być Europa Zachodnia? Chyba jest już za bardzo na zachód ;-) A ponieważ jachtowy akumulator wyzionął ducha, to na morską przejażdżkę zabraliśmy nasz akumulator samochodowy.

15 lipca

Informator o Sagradzie Familii

Już nie pada. Za to wszystko mokre. Jest ciepło. Plany - zwiedzanie miasta, zakupy. Niestety, supermarket przy porcie jest nieczynny, jedziemy zatem zwiedzać. Kierunek - Casa Batllo i Casa Mila. Robią wrażenie... Są pogięte i śliczne :-) W pierwszej jest prywatny dom, w drugiej nie mam pojęcia co, ale na dole jest księgarnia, w której każdy oczywiście kupuje jakąś książkę. Do zwiedzania udostępniono dach. Niestety, robi się dość późno, więc nie czekamy w kolejce do możliwości popatrzenia na Barcelonę z góry, tylko jedziemy do Legendy. Bilet do Sagrady Familii Czyli - Sagrada Familia. To, co ujrzeliśmy po wyjściu z metra, zaparło nam dech w piersiach. Potężna! Wybudowana jest może w 40% a może mniej, ale do zrobienia wrażenia wystarczy spokojnie... Geniusz Gaudiego! Oglądamy ile się da, a to sporo. Windą wjeżdżamy na 55 metrów, dalej schody. Widoki są piękne... Potem schodzimy na dół, oglądamy muzeum i kryptę Gaudiego. Nie mamy już na nic siły, zresztą zrobiło się ciemno i zimno. Wracamy do domu.
Kąpiel, ostatnie prace na łódce i spacer bulwarem w poszukiwaniu knajpy z jedzeniem. Nie za drogim i smacznym. Niestety, w ferworze walki z żywiołem (m.in. wciąganiem chłopaka na maszt, aby poprawił żarówkę) nie poczuliśmy upływu czasu a tutaj zrobiło się 20 minut po północy i knajpy - co prawda jeszcze z klientami - są już zamykane. Weszliśmy do jednej, ale okazało się, że nie mają owoców morza, na które mieliśmy ochotę - w końcu jesteśmy nad morzem. Gorączkowe poszukiwanie innej knajpy, czynnej i z odpowiednim menu, sprawiły, że trafiliśmy na owoce morza, a oni uciekli z tamtej knajpy, rzucając kartami dań :-) Zadysponowaliśmy kalmary i sangrię.
Kelner przyszedł leniwie tanecznym krokiem i natychmiast prysnął sangrią na spodenki Sio. Nie przejął się tym w ogóle, nalał do kieliszków chłopaków a potem dopiero do naszych. Następnie psiknął czymś dziwnym na plamy na spodenkach Sio i sobie poszedł. W połowie jedzenia przyszedł znów, zrobił kilka skomplikowanych gestów, poszedł po szczotkę i bezceremonialnie przerwał Sio jedzenie. Szczotką strzepnął to coś, co jej zastygło na spodenkach. Okazało się, że pomogło na plamę z wina...
Kalmary były smaczne, ale rozrywkę stanowiły koty. Jeden duży a drugi mały. Bawiły się sznurówkami Sio. Nie można było ich od siebie odczepić...
Bardzo rozbawieni wróciliśmy do łódki. W nocy obudził nas znów deszcz...

Wilczy: Barcelona jest wspaniała! Można ją polecić szczególnie miłośnikom architektury - i to nie tylko z powodu Gaudiego i jego cudów. Za mało zobaczyliśmy! Trzeba tam wrócić. Aha, nie należy zapominać, że to Katalonia, co można poznać choćby po częstych podwójnych napisach: po katalońsku i po hiszpańsku, a także po licznych banderkach Katalonii na stojących w porcie jachtach.

16 lipca

Plany były, aby wypłynąć. Początek dnia ok, pobudka o 8 rano, śniadanko, pożegnaliśmy się z poprzednią załogą. Podział obowiązków nastąpił, Agrest poszedł po bilety na prom, my - po zakupy. Mieliśmy pójść, jak Wilczy sklei uszczelkę. Ja poszłam zrobić przepierkę i... zaczęło padać. Szare, zasnute chmurami niebo i ani szansy na poprawę. Zabiję Grubego, pomyślałam. On to wykrakał... Agrest wrócił i zastał na pokładzie marazm. Powstała drobna różnica zdań, również na tematy finansowe. Zaokrąglamy zakupy czy nie?...
Padało cały dzień. Wieczorem udało nam się wreszcie zrobić zakupy, poszliśmy potem jeszcze na spacer po porcie i spać.

Wilczy: Foldery i czasopisma turystyczne kłamią! W nich zawsze w Hiszpanii świeci słońce...

17 lipca

Wypływamy!... Wreszcie!... Niewiele widziałam na początku, bo smarowałam się kremem. Potem okazało się, że buja i już miało nie przestać. Siedzieliśmy na pokładzie i fale na nas chlapały. Port ogromny, z godzinę nam zajęło wypływanie z niego... Potem okazało się, że buja i wieje. Założyliśmy sztormiaki. było stawianie grota, potem zmiana foka marszowego na sztormowy. Bujało coraz bardziej. W skrócie: chce się rzygać, buja, chce się rzygać, mokro, chce się rzygać, zimno, chce się rzygać... itd. Po południu zrefowaliśmy grota, bo już za bardzo bujało. Rufa ginęła w wodzie. Fale wysokie. Po kilku godzinach takiej jazdy nastąpiło pierwsze spotkanie z Neptunem - zaczął Agrest. Potem robiliśmy wachty na zakładkę - po 4 godziny. Jak pierwszy raz poszłam spać na dziób, okazało się, że jest mokro - leje się z forluka. Wszystko mokre, morskie, słone i w ogóle fuj. Nie dało się zasnąć... Robiło się ciemno i nudno. Wymieniałyśmy się z Sio co 4 godziny. Spałam w hundkoi. Przynajmniej ciepło, chociaż też wilgotno. Na pokładzie zimno, wiało, bujało i chlapało wodą.
Sikało się pięknie za burtę. Radziliśmy sobie bez pasów. Strasznie było w nocy, spać się chciało. Nie było widać fal, więc nie dało się ich kontrować. Czasem z daleka widać było jakieś światła innych jednostek pływających :-)

Wilczy: Jak na pierwsze w życiu wypłynięcie na morze, w dodatku na wyjątkowo podatnym na kołysanie maleńkim jachciku to psyche naprawdę tu mało narzeka! ... jak na psyche ;-)

18 lipca

W nocy zdechł wiatr. Płynęliśmy na silniku. Nad ranem trzeba było dolać benzyny, bo w głównym zbiorniku się kończyła. Co za smród...Wszyscy byliśmy zmęczeni, poobijani, mokrzy, zasoleni, wściekli. I zarzygani :) Oprócz Wilczego, bo on sie jakoś utrzymał, nawet pomimo tego zapachu... Ja za to cały czas byłam głodna. Dobrze, że kupiliśmy sucharki, wsunęłam chyba całe opakowanie. Inni jakoś nie jedli...
O świcie było widać ląd, co podniosło nas na duchu, ale potem ląd zniknął, schował się we mgle. Zmęczenie dało o sobie znać. Nie śmialiśmy się, nie żartowaliśmy. Byle do przodu. Dwie osoby na wachcie, dwie osoby śpią. Po południu wzeszło słońce, zrobiło się ciepło. Dopływaliśmy do Majorki. Cap de Formentor był bardzo piękny, ale nie miałam siły szukać aparatu... Pogoda się jednak popsuła na amen. Dopłynęliśmy do Puerto de Pollenca, w zatoczce. Dookoła piękne skały, Sierra de Tramuntana, schodzące do wody bardzo ostro, przy powierzchni zamieniające się w groźne groty. Miasteczko Pollenca leży około 5 km w głąb lądu, dla bezpieczeństwa, żeby piraci atakujący port nie mogli za dużo zniszczyć. Wpłynęliśmy do portu, znaleźliśmy keję dla gości, zacumowaliśmy między wielkoludami i zaczęliśmy robić klar na jachcie. Wyciągnęliśmy mokre materace, zwijaliśmy żagle itd. Następnie przyszedł miły pan i powiedział, że jest very important, żebyśmy zabrali dupska stąd i przesunęli się kawałek dalej, między inne wielkoludy, bo jutro będzie duży wiatr a to jest miejsce dla dużego jachtu. My się zmieścimy tam dalej, a on nam pomoże. No już dobrze... ważne, że można było się wykąpać wreszcie!... Są prysznice, spłuczemy z siebie tą słoną wodę...
Niespodzianka. Nie pierwsza i nie ostatnia... Okazało się, że woda w prysznicach nie tylko jest lodowato zimna, ale do tego słona. Z odsalarki, która chyba dawno przestała działać... Nie udało się spłukać szamponu z włosów... Woda na kei też słona. W dodatku nie mieliśmy przejściówki, żeby się do niej podpiąć. Prądu w gniazdku nie ma. Dlatego ten port taki tani... 1300 ptasów za dobę... Ochhhhhh!.....
Kolacja, potem spacer po porcie. Skorzystaliśmy z sanitariatów w porcie naprzeciwko. Były luksusy, ale woda z kranu też leciała słona... Ale i tak nieźle, bo nasze kible były czynne od 8 do 19. Potem ludzie nie sikają i już.

Wilczy: Mały epizod z morza: w połowie przelotu wysiadł nam kompletnie GPS. Nagle z wygodnego nanoszenia na mapę odczytanych z niego cyferek trzeba było sobie przypomnieć starą dobrą nawigację zliczeniową i użyć żeglarskiego nosa. Od dłuższego czasu lądu już nie było widać, ale co tam, najwyżej zamiast na Balearach wylądujemy w Afryce ;) Wyobraźcie sobie naszą satysfakcję, kiedy wreszcie szare pasemko, które pojawiło się na horyzoncie okazało się lądem, a w dodatku jego zarys zgodził się z widniejącą na dole mapy morskiej panoramą tej części wybrzeża Majorki, w którą chcieliśmy wcelować. :)
A piękne urwiska Cap de Formentor po prostu przespałem... Nawet słyszałem z kokpitu głośne zachwyty reszty załogi, ale nie miałem siły się ruszyć i zasnąłem. Normalni ludzie nie pływają po morzu tak małymi, wariacko tańczącymi na falach łupinkami. Phi, są ciekawsze rzeczy do robienia niż bycie normalnym!

19 lipca

Nad ranem obudził nas deszcz. Gdzie te słoneczne Baleary??? No gdzie?... Na morzu sztorm. Wiatr 8-9. Dziś nigdzie nie wypłyniemy.
Bilet autobusowy z Puerto de Pollenca do Pollenca. Dziś mija tydzień od początku naszej podróży. Żadnych kąpieli w zatoczkach. Płetwy nie były potrzebne. Zimno, wieje jak cholera. Jesteśmy jednym wielkim obijaczem dla innych łajb, tych wielkich, luksusowych jachtów, stojących obok. Ciągle się o nie obijamy. Ludzie z nich patrzą na nas jak na ufoludki. Pływamy po wodach hiszpańskich pod szwedzką banderą angielskim jachtem (właściciel jachtu mieszka we Francji, ale to już drobiazg). Małym, starym jachtem. Czwórka podróżników, survival. Nie wiem, czy patrzą z podziwem, że mamy odwagę, czy z politowaniem, że biedni jesteśmy?...
Wycieczka na Calvarię... Deszcz przestał padać. Góry wyglądają bardzo groźnie. Ciągle wieje. Nie ma co robić. Kontemplujemy widoki i omawiamy różne Bardzo Ważne Sprawy. Na przykład poprzednia załoga mówiła nam, że wszystkiego na jachcie jest w cholerę. Przykrywek na garnki całe stada, więc jedną utopili w porcie w Barcelonie. Potem okazało się, że była tylko ta jedna. Mieli też mnóstwo gazu, na tydzień wystarczy spokojnie. Dziś wieczorem, przy gotowaniu spaghetti, gaz się skończył. Mamy tylko sos do spaghetti... Oni mieli też pełno kubków, więc musieliśmy dokupić, bo okazało się, że jest tylko ten jeden, który ze sobą przywiozłam.
Po południu zrobiło się przyjemnie, wiatr trochę zmalał i wyszło słońce. Poszliśmy na spacer po porcie. Widzieliśmy prawdziwe palmy daktylowe i daktyle na ziemi, rozdeptywane przez ludzi, takie marnotrawstwo no!... Na nasze życzenie jeden spadł nam prosto pod nogi :-) Spróbowaliśmy - pyszne!... Postanowiliśmy pojechać do Pollency. Autobusem. Śliczne miasteczko, położone wśród wzgórz. Wąziutkie uliczki, po których mogą jeździć tylko motorki. Samochody się nie zmieszczą. Domki z kamienia. Kościół z jedynym oknem w kształcie rozety. Wszędzie sklepy dla turystów - ciuszki, pocztówki. Pospacerowaliśmy uliczkami, na Placu usiedliśmy w knajpce na tosty, a potem pomaszerowaliśmy na drogę krzyżową schodami pod górę. W drodze połamałam okulary przeciwsłoneczne... Nim doszliśmy do Oratorium, podziwialiśmy piękne widoki - górę z zamkiem lub klasztorem, miasteczko z góry, kwitnące jeszcze kaktusy... A potem wspaniały widok z góry krzyżowej na zatoki i morze... Zeszliśmy inną drogą i wróciliśmy do Puerto de Pollenca.
Kible zamknęli chyba tuż przed naszym powrotem. Nie udało nam się nabrać słonej wody do gotowania makaronu. Pożyczyliśmy na chwilę przejściówkę do wody, dzięki czemu mogliśmy skorzystać z tej z kei. Potem znaleźliśmy gniazdko z prądem, ale prąd po ósmej się skończył więc znów siedzieliśmy w ciemnościach. Co za kraj!...

Wilczy: Jeszcze o jachcie. Nasz "Stimulans" to stara, 20-letnia angielska konstrukcja. Wygląda tak absolutnie nienowocześnie, jak to tylko można sobie wyobrazić. Jednak mimo jego chybotliwości i panującej na nim potwornej ciasnoty, z każdym dniem nabierałem do niego szacunku. To solidny, dzielny jachcik z duszą, któremu naprawdę można zaufać. Czy można to samo powiedzieć o luksusowych czarterowych Bavariach, czy Oceanisach?...

20 lipca

Okazało się, że gazu w tym miasteczku nie kupimy i już. Nie ma.
Płyniemy dalej. Pożegnaliśmy Francuzów, którzy stali obok, plunęliśmy na niegościnny port i popłynęliśmy. Widoki były cudowne. Po lewej skały, a między nimi stylowe budowle. Ale z głodu chciało mi się spać, więc drogę właściwie przespałam. Atmosfera grobowa.
Zacumowaliśmy w Cala Ratjada, jako szósty jacht "na tramwaj". Oznaczało to, że do kei musieliśmy przejść po 5 jachtach... Przechodzi się na bosaka i przez dziób. To tak, jakby wchodzić do cudzego mieszkania, więc trzeba się zachowywać kulturalnie. Uprzejmie robiąc przepraszającą minę i wołając co chwilę "haj!" przeszliśmy na keję, niosąc w plecakach ręczniki (może uda się wziąć prysznic) i mydła. Prysznice były czynne!... Do 20.30! Nieważne, która była godzina, wskoczyliśmy od razu. Puściłam wodę z pewną taką nieśmiałością... Okazało się, że jest słodka! Słodka i ciepła!!!! Czego więcej potrzeba do szczęścia???... Kwicząc z radości wykąpaliśmy się, umyliśmy głowy, zęby... Od razu lepiej i humory przestały być takie grobowe.
Potem powędrowaliśmy w miasto szukać jedzenia. Trafiliśmy do całkiem miłej knajpki i w miarę taniej. Menu: kalmary smażone z frytkami, misa sałatki morskiej, ryba smażona. Misy sałatki wzięliśmy dwie, a okazało się, że spokojnie wystarczyłaby jedna na 4 osoby. Zresztą owoce morza były bez smaku, smak miała tylko cebulka z octu. Krewetki były chrupkie, ośmiorniczki gumowe, papryka bez smaku. Ale za to jak się najedliśmy!... A colę nam podano 0,2 litra. Ten port to typowe niemieckie miasteczko - wszystkie napisy po katalońsku i po niemiecku. Kelner w knajpie był poliglotą - zaczął z nami rozmawiać po niemiecku, przeszedł na angielski a skończył po francusku. To wszystko w jednym zdaniu...
Po spacerku po falochronie po tych wszystkich jachtach wróciliśmy na nasz i poszliśmy spać...

Wilczy: Po drodze widziałem delfiny! Oni mi nie wierzą, ale to prawda! Prawie podskoczyłem, kiedy sterując leniwie nagle zobaczyłem 5 metrów na prawo wystająca z wody sunącą prosto na nas trójkątną płetwę. Kolejnę "Szczęki" kręcą, czy co?! Tylko dlaczego z nami?! W tym momencie płetwa schowała się w wodę i przez krystalicznie czystą wodę mogłem zobaczyć, jak jakieś 3 metry pod jachtem przepływa kilka delfinów. Niesamowite! Odzyskałem głos i wywołałem spod pokładu resztę, ale delfiny już odpłynęły bez śladu - i tylko nasłuchałem się o tramwajach i świstakach, co zawijają... Musieli mi uwierzyć kilka dni później, kiedy delfiny pojawiły się ponownie. :)

21 lipca

Obudziłam się, bo Wilczy wstawał i wychodził przez forluk. No tak, ostrzegali nas - jachty stojące przed nami odpływają. Siódma rano. Spaaaać!... Chłopcy podjęli decyzję, że też płyniemy, może uda nam się gdzieś kupić ten gaz!... Kierunek - południowo-zachodnia Majorka. Opływamy wyspę dookoła. Planujemy dotrzeć do Porto Cristo. Wstałam koło 8, bo już za bardzo bujało. Zakładanie soczewek na pełnym, bujającym morzu jest dość trudne. Najpierw trzeba wokół siebie zgromadzić wszystkie potrzebne rzeczy: ręcznik, pudełko z soczewkami, płyn, mydło, lusterko. Potem przygotować zlew: zdjąć z niego pokrywkę i powyjmować wszystkie graty, które w nim leżą. Potem trzeba umyć ręce, do spłukiwania z nich mydła potrzebna jest druga osoba, żeby pompowała wodę. Potem już wkładanie soczewek - kiedy buja to naprawdę sztuka! Uff, znów się udało.
Bilet do Cuevas del Drach Informator o Cuevas del Drach Postawiliśmy grota i płynęliśmy na żaglu i na silniku. Słabo wiało, za mało na sam żagiel, za dużo, żeby się miało marnować. Na wodzie zrobił się tłok, coraz więcej różnych pływających przedmiotów. A to motorówki, a to łodzie rybackie. Musieliśmy omijać sieci, oznaczone bojkami.
Sio leży na Agreście na koi i czekają na falowanie. To się nazywa seks na lenia. Ja spekuluję na temat "jak będzie wyglądał port". Robię się głodna. Dopływamy... do średnio gościnnego portu. Zacumowaliśmy, dostaliśmy świstek do wypełnienia i pani powiedziała, że jeśli jeszcze dziś wypłyniemy to nie będziemy płacili. I powiedziała, gdzie można kupić butle z gazem!!!! Zatem od razu wycieczka poszła do sklepu. Butli 2-kg nie było, więc kupiliśmy 3-kg, bo w końcu coś trzeba było jeść. Jeszcze zakupy, powrót na łódkę i... śniadanie!... W południe. Drobiazg. Okazało się, że w porcie nie ma toalety. Tak zwyczajnie, ludzie tu nie sikają. Jest jedna zamknięta na głucho budka, o podejrzanym wyglądzie, ale też nie wiadomo, czy kiedykolwiek miała z kiblem coś wspólnego. Boże, co za kraj!...
Postanowiliśmy obejrzeć Smocze Groty. Coves del Drach. Blisko, więc na piechotę. Po drodze trafiliśmy na sklep żeglarski, gdzie - o ironio! - wreszcie nabyliśmy przejściówkę do wody na kei!... W zdecydowanie lepszych humorach poszliśmy dalej, przez kanałek, pod górkę, do jaskiń... Groty leżą w parku, nad morzem. I są totalnym niewypałem... Owszem, piękne, ale w ogóle nie ma tam mikroklimatu!... Wejście otwarte na morze, w środku ciepło, wszystko tam wysychało i niszczało, ludzie robili zdjęcia z lampami błyskowymi, w ogóle wpuścili tam ogromne tłumy. Myśmy pobrali polarki, żeby się ubrać, a tam tak samo ciepło jak na dworze... Na koniec zwiedzania zrobili spęd nad jednym z podziemnych jeziorek i pokazali teatrzyk. Na jeziorko wypłynęły łodzie, zaczęła grać muzyka. Taki sobie kicz. Ludzie potem bili brawo i gwizdali, a ja zastanawiałam się, czy przypadkiem dach nie runie nam na głowy od tego hałasu... Paskudztwo. Zniszczą tę jaskinię i nasze wnuki już nie będą miały co oglądać. Komercja jest straszna.
Wypłynęliśmy z portu i popłynęliśmy do zatoki wykąpać się. Wreszcie!... Dziki tłok, pełno motorówek, kilka jachtów, tłum ludzi na plażach. Przygotowaliśmy płetwy, maski, rurki i... do wody!... Przezroczysta, piękna, widać dno, piasek ułożony na dnie przez fale...
Miałam straszne kłopoty z maską. Parowała mi i niewygodnie z nią było. Trzeba nauczyć się w czymś takim pływać. Na maskę najpierw się pluje, a potem ją się płucze, wtedy nie paruje... Woda słona straszliwie. Ale mimo to jest tak cudownie pływać!... Szwendaliśmy się po wodzie dookoła zatoczki. Oglądaliśmy podwodne życie, Wilczy robił zdjęcia aparatem wodoszczelnym. Fantastycznie! Za to potem okazało się, że połamała się nam drabinka do wychodzenia z wody. Złamała się pod Agrestem, który ma teraz dwie szramy na nodze. Spłukaliśmy się wodą z odsalarek, które mieliśmy w butelkach i zrobiliśmy kolację. Ale byliśmy głodni! Spaghetti tym razem się udało, gaz się nie skończył. Potem usiedliśmy w kokpicie i popijając wino gadaliśmy i śpiewaliśmy szanty do północy. Obok stał drugi jacht, ale chyba im nie przeszkadzało nasze wycie :-)

Wilczy: O tak, zatoczki to to jest to, co tygrysy lubią najbardziej!!!

22 lipca

Spaliśmy na kotwicy. Trochę bujało. Wypłynęliśmy i już w drodze robiliśmy śniadanie. Słoneczko grzało. Na początku nic nie wiało, szliśmy na silniku. Koło południa postawiliśmy żagle. Duży tłok, pełno bojek od sieci. Po lewej mijaliśmy Cabrerę - żeby dopłynąć na tę wsypę trzeba mieć pozwolenie. Wyglądało to groźnie. Pełno kaczek i mew łowiło ryby. Zawinęliśmy do portu La Rapita. Było koło 16. Ustawiono nas na właściwym miejscu G10 i... okazało się, że łącze do wody jest takie, jakie mieliśmy od samego początku!...Żadna przejściówka!...I prysznice ze słodką wodą... Co prawda zimną, ale jakież to przyjemne...
Umyliśmy jacht, bo już mu to się zdecydowanie należało. Potem zjedliśmy obiad - makaron z gulaszem. Poszliśmy na krótki spacer. Z portu na miasto wychodziło się przez furtkę z przeszkodą - na środku leżał kawał żelastwa. A potem poszliśmy na miejską plażę, co by się wykąpać. O matko, jakie tłumy!... No trudno, znaleźliśmy kawałek miejsca i wleźliśmy do wody. Bardzo długo było bardzo płytko, za to duże fale. Potem zrobiło się trochę głębiej więc nawet dało się chwilę popływać. A potem poszliśmy na spacer do miasta. Ale kicz! Ulica nadmorska wyłączona z ruchu i pełno na niej straganów. Słodycze, karuzele, pociągi śmierci, strzelnice, ciuchy, biżuteria, torebki, paski do spodni... Wszystko! I gofry. I hamburgery, do których była długaśna kolejka. Na gofry to się skusiliśmy, bo ładnie pachniały. Hmmm.... Najpierw pani polała gofra czekoladą, taką z butelki. Potem to wszystko polała bita śmietaną z tubki, a potem... to coś było tak obrzydliwie niedobre, że połowę wyrzuciłam. A to też nie było łatwe. Nachodziliśmy się strasznie, bo nigdzie w tym pogańskim mieście nie było koszy na śmieci. Ani jednego na całym tym deptaku!...Weszliśmy więc między zabudowania, bo miasto miało jeszcze jedną ulicę równoległą do tej nadmorskiej. Kilka przecznic i tyle - żadnych sklepów, nic, tylko te stragany i knajpy przy głównej nadmorskiej ulicy. Kosza nie znaleziono, paskudztwo zwane gofrem wylądowało w krzakach...
Weszliśmy do jednej z knajp na drinka. O mój Boże! Stół przygotowany do obiadu, więc natychmiast sprzątnęli nam talerzyki i zapytali, co będziemy pić. Chcieliśmy się dowiedzieć najpierw, co mają:
- Do you have card of vine?
- ^&*^&*(%(&%!!
- Ok. What you have to drink?
- Sangria? Tonic? Whisky?
- Shit. We want a mixed drink.
- &*(&*(^&*^&*^&*^&*!!!
- Mixed. Mixed!
- Aaaa!... Combinado!....
- Yhym. Combinado.
- ???
- O rany. Do you have a card of mixed drinks?
- No! Sangria? Tonic? Whisky?
- O rany. Sangria.
Wykończyli nas. To była ciężka rozmowa. Dostaliśmy sangrię w dzbanku z truskawkami, które osobiście zjadłam. Poza tym obawiam się, że alkoholu to ta sangria nie widziała nigdy... Po pół godzinie siedzenia w hałasie mieliśmy serdecznie dość i poszliśmy spać.

Wilczy: O rany, wczasy na Majorce... Brzmi snobistycznie, ale wylądować na 2 tygodnie w takiej dziurze jak La Rapita, to koszmar! Tylko apartamenty i hotele, nieciekawa, zatłoczona plaża, wesołe miasteczko i w dodatku te najgorsze gofry, jakie w życiu jadłem! Jeśli ktoś, jak my, nie lubi leżeć plackiem i się opalać, to tylko uciekać na długie wycieczki po wyspie... Nie ma to jak jacht - zawsze można skoczyć dalej :)

23 lipca

Obudził nas deszcz. Trzeba było ściągnąć ręczniki. Jeszcze trochę podrzemaliśmy a potem śniadanko - świeże bułeczki! I w drogę. Wiatr nam sprzyja - S, SE, 2. Może się uda dopłynąć do Palmy dziś. Słońce piecze. Upał. Wiaterek lekko chłodzi. Skóra schodzi. Ech!...
Dopłynęliśmy do Palmy. Port ma webkamerę, więc byliśmy obserwowani przez znajomych w internecie. Port w ogóle jest wielki. Obsługa kazała nam się ustawić przy zewnętrznej stronie kei i dogadać się w kapitanacie, gdzie będzie nasze miejsce. Tak więc Agrest wsiadł na pontonik z panem z obsługi i odpłynął w siną dal. Długo go nie było, w końcu wrócił na piechotę i powiedział, że tu jest normalna odprawa i musi nasze paszporty jeszcze zanieść. Oraz wziąć w depozyt przejściówkę do wody (jeszcze inne złącze) za 5000 ptasów. Co za kraj!
Za to kible były czynne całą dobę i do tego miały słodką i ciepłą wodę. Super! Szkoda tylko, że tak daleko od nas.
Ustawiliśmy się, zrobiliśmy obiad i obraliśmy kurs na zabytki.
W Palmie stoi katedra, w której grzebał się Gaudi. Niestety, nie udało nam się jej obejrzeć, w remoncie i zamknięta. Całe miasto generalnie rozkopane. Bardzo wąskie uliczki, częściowo niedostępne ze względu na wymianę rur czy coś takiego, pełno tubylców wzbudzających nasze zainteresowanie, a to ulica pełna Murzynów, a to liczna rodzinka skośnookich... Szukaliśmy sklepów z napojami. Na całym starym mieście nie było ani jednego. Wszyscy robili się coraz bardziej zdenerwowani. Przeszliśmy mniej uczęszczanymi uliczkami całe stare miasto, zajrzeliśmy do nieczynnej łaźni arabskiej a potem usiedliśmy w knajpie do lodów i sangrii. Pan się oczywiście pomylił i przyniósł nie te lody, co powinien, a sangria była niedobra - gorzka. Ale generalnie się ochłodziło i było przyjemnie. Powoli zaczęliśmy wracać. Obejrzeliśmy dania knajpiane na wystawie i... wylądowaliśmy w knajpie:) Zamówiliśmy paellę dla dwojga i ośmiorniczki po galicyjsku i z lekkim niepokojem czekaliśmy, co nam przyniosą. Najpierw ciężko było wyjaśnić, że paellę zjemy w 3 osoby. Potem przynieśli nam patelnię pełną czegoś dziwnego z ryżem curry. Na pewno były w tym małże i krewetki. Nawet smaczne to było... A ośmiorniczki były gotowane, podane w sosie na płaskim drewnianym talerzu, posypane solą i czymś bardzo ostrym. Ale smaczne!

Wilczy: Okazało się, że dla obsługi portu w Palmie byliśmy nacją dość egzotyczną. Agrest opowiedział nam, że jak pani w biurze mariny zajrzała do naszych, opatrzonych w końcu literkami PL paszportów, to bez wahania wpisała w formularzu rejestracyjnym: PORTUGAL! A co tam, w końcu pływamy pod szwedzką banderą na angielskim jachcie z Francji, więc nas kolejny kraj do kolekcji już nie zdziwi. :)

24 lipca

Obudziliśmy się dość późno, o 9:30. Po śniadaniu pojechaliśmy do Pueblo Espaniol. To znaczy, najpierw poszliśmy do Tourist Information po jakieś mapki i ulotki. Po drodze widzieliśmy wypadek - na stojący przed zielonym (?) światłem motor najechał samochód. Motocyklista wyleciał jak z procy, zatoczył w powietrzu łuk i upadł na środek skrzyżowania. Na szczęście nic mu się nie stało, podniósł się oszołomiony, razem z kierowcą samochodu podeszli do motorka, poprawili pęknięte plastiki, podali sobie ręce i rozjechali się. Wsiedliśmy do klimatyzowanego autobusu nr 4 i pojechaliśmy oglądać najciekawsze budowle Hiszpanii.
Bilet do Pueblo Espaniol No owszem, było na co popatrzeć. Mnóstwo ładnych architektonicznie zabytków, oczywiście w skali, zebranych razem i połączonych w jeden duży ogród-miasto, z kafeteriami, barami, sklepikami oraz szopkami. Na koniec usiedliśmy w knajpie i wypisywaliśmy kartki.
Po zjedzeniu obiadu zrobiło się dość późno. Popłynęliśmy do zatoczki na kotwicę. Cala Portals. Było ciasno strasznie, ale za to jakie piękne skałki!... Z jednej strony katakumby, a z drugiej formy skalne w piaskowcu. Wleźliśmy do wody i popłynęliśmy oglądać katakumby. Sprytnie wzięliśmy ze sobą latarkę, ale zapomnieliśmy o klapkach i to był błąd. Wyszliśmy na plażę a potem ścieżką pośród skał powędrowaliśmy dalej. To było straszne! W połowie drogi nie wytrzymałam i założyłam na nogi płetwy. Trochę ciężko się chodziło ale przynajmniej nic nie raniło stóp...
Katakumby to były dziury w ścianie, a właściwie korytarze i jaskinie, częściowo zawalone. W jednej była jakaś płaskorzeźba na ścianie oraz kapliczka za kratami. Kapliczka była miejscem składowania leżaków...
Wróciliśmy do wody i płynęliśmy do jachtu. Zauważyłam śmieszną rzecz... Dookoła stały same duże i w miarę luksusowe jachty. Wszystkie stały stabilnie. Tylko nasz maszt chodził jak głupi - w prawo, w lewo, w prawo, w lewo... A fali prawie nie było...
Zrobiliśmy na kolację tuńczyka w sałatce i poszliśmy spać z wartą kotwiczną za dwie godziny...

Wilczy: Stanie w ciasnych, zatłoczonych zatoczkach wygląda ciekawie. Z początku przesz kilka godzin obserwuje się poczynania kolejnych wpływających, którzy kręcą się wkoło nas, starając się znaleźć miejsce na rzucenie kotwicy - a niby jak, skoro tu już naprawdę nie ma gdzie?! Taki delikwent jakimś cudem znajduje jednak miejsce, po czym... na wejściu do zatoczki pojawia się kolejny jacht...

25 lipca

Płyniemy na Ibizę. Jak wypływaliśmy to jeszcze spałam. Wiatr słaby, więc płyniemy na żaglach i silniku. Słońce świeci, chociaż rano go nie było. Fali prawie nie ma, mało buja. Ciepło. Leniwie. Aż nagle...
- Delfiny - krzyknął Wilczy i rzeczywiście - tuż obok naszej łajby przepłynęło stadko delfinów, zupełnie nic sobie z nas nie robiąc. Poskakały sobie, śliczne takie... Zapatrzyliśmy się na nie tak, że zboczyliśmy z kursu, ale kto by się przejmował. Niestety, delfiny nie chciały z nami zostać. Późnym popołudniem dopłynęliśmy do Ibizy, do portu Santa Eulalia del Rio. Miejsce dostaliśmy gdzieś na samym końcu portu, tuż przy knajpie, przez którą trzeba było przejść, żeby dojść do kibelków. Za to była w kranie słodka woda. I same wielkie, stare, grube baby... w tych prysznicach po prostu straszyło!
Poszliśmy w miasto. Sklepy, sklepy, knajpy, knajpy... te same widoki, co wszędzie. Usiedliśmy w knajpie, w której było pokazane na obrazkach, jak wyglądają dania. Chcieliśmy wreszcie zjeść talerz owoców morza. Dostaliśmy wielkie talerze pełne wszystkiego: na wierzchu kalmary w kółkach, potem kalmary w kawałkach, krewetki w pancerzykach, małże (wyjątkowo dobre) w muszlach, dwa czy trzy kawałki ryb i jedna w całości... Mniam! To była uczta! Wszystko skropione sokiem z cytryny. Potem deser: lody. I do wszystkiego sangria. Ale żarcie!...

Wilczy: Puerto de Santa Eulalia del Rio... Ech, jak to wspaniale brzmi :)

26 lipca

Totalne lenistwo. Po śniadaniu poszliśmy na zakupy. W końcu tutaj alkohol jest sporo tańszy niż u nas...Efekt: plecaki będą bardzo ciężkie!... Potem popłynęliśmy do zatoczki Cala Blanca. Tuż za miastem, nieoznaczona jako kotwicowisko, więc pusta, co na Ibizie jest rzadkością. Stała tam tylko jedna motorówka. Oczywiście natychmiast zjedliśmy obiad, zrobiliśmy trochę porządków i poszliśmy się kąpać. Woda była cudowna. Ciepła. Pływanie sprawiało ogromną przyjemność. Zatoczka wybitnie kamienista, ostre zbocza, zero plaży, głazy na dnie. I miliony różnokolorowych rybek. Kąpaliśmy się nago:)
Kolacja była drugim obiadem a potem, przy zachodzącym księżycu (no, chowającym się za skały) rozpracowaliśmy sangrię i jakieś inne wino, obserwując gwiazdy (to o co chodzi z tą Casiopeją?) i światełka portowe Santa Eulalii. Spaliśmy na kotwicy.

Wilczy: Ech, Polacy... Na mapie nie ma kotwiczki? Nie ma, więc każda normalna nacja wie, że tu nie ma dobrego kotwicowiska! Płynie się do portu albo do innej, oznaczonej na mapie kotwiczką zatłoczonej zatoczki z plażą i obowiązkowym na Ibizie zestawem wielkich klocowatych hoteli. A my co? Sprawdziliśmy pogodę i stan morza, pojeździliśmy chwilę po zatoczce, pobserwowaliśmy dno, zbadaliśmy jak trzyma kotwica i... cała zatoka dla nas! W nocy żywej duszy, w dzień też niemal nikogo. No to sobie mozna poszaleć. :)

27 lipca

Po śniadaniu szybko się wykąpaliśmy, zwiedzając drugą część zatoczki z niesamowitą skałą, obrośniętą gąbką, glonami i jeżowcami. Oraz zbieraliśmy kamienie, przywlokłam ich na łódkę cały biustonosz. Po szybkim opłukaniu ruszyliśmy do portu w Ibizie.
O rany, a cóż to za burdel!... Pięć marin. Przybiliśmy do podobno najtańszej. Wszędzie napisy RESERVADO. Nie udało nam się wyjść na ląd, bo bramka była zamknięta... Bramka z kei na ulicę. Straszne! Ok, popłynęliśmy do Club Nautico, stanęliśmy po zewnętrznej stronie i czekaliśmy na przydział miejsca. Okazało się, że możemy stać tam, gdzie stoimy. Trochę nami rzucało, chłopaki namęczyli się z cumami, z kotwicą i... przyszedł człowieczek i powiedział, że tutaj to stać nie możemy, bo tutaj to jest zarezerwowane. O żesz!... No dobrze. Przestawiliśmy się. Keja fatalna, krzywa, wpadająca do wody. Przejściówki do wody nie mieliśmy oczywiście, kolejny standard w Unii Europejskiej. Za to wtyczka do prądu taka, jak w Polsce!... Łajbą rzucało w przód i w tył. Dookoła same promy, generujące fale. Posprzątaliśmy do końca jacht, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w miasto. To był długi wieczór. Pierwszy postój w knajpie - kolacyjka, kalmarki grillowane i smażone. Potem spacer w stronę starego miasta. O ile port jest taki sobie to stare miasto w Ibizie mnie zachwyciło. Wąziutkie uliczki, bielone domki, knajpki, ludzie, koty, kolorowe światła i to wszystko pnące się pod górę z pięknym widokiem na okolicę. Cudo! Złaziliśmy stare miasto wzdłuż i wszerz, kupiliśmy kastaniety u sympatycznego pana, który pokazał nam, jak się na tym gra a poza tym malował warzywka na drewnie i poszliśmy na lody. W porcie. A potem wróciliśmy na stare miasto czegoś się napić i trafiliśmy do interesującej knajpy... Podeszła do nas kelnerka, szczupła, wysoka, z biustem, kiecka do ziemi, włosy w kok, makijaż, biżuteria i... odezwała się do nas męskim głosem. Zdrętwieliśmy. Poprosiliśmy o colę i piwo i rozejrzeliśmy się wokół. Siedzieliśmy przy różowym stoliku, nad nami świeciła różowa lampka, dookoła byli sami faceci, którzy całowali się w policzek na przywitanie... Oj!... Spać poszliśmy późno a rano trzeba zdążyć na prom...

Wilczy: Katalońska nazwa wyspy i jej stolicy brzmi "Eivissa". Zdecydowanie bardziej tajemniczo i mniej trywialnie niż "Ibiza". No właśnie - nie, nie byliśmy w żadnej ze słynnych dyskotek, choć na każdym kroku natykaliśmy się na dowody ich istnienia.

28 lipca

Plecaki ważą chyba kilka ton. Straszliwie ciężkie są torby. Akumulator też robi swoje. Trzeba dojść do przystani promowej, niby nie jest bardzo daleko... za to cholernie niewygodnie. Boli mnie brzuch. Jestem zła. Wszystko mnie denerwuje a najbardziej plecak...
O 9 byliśmy pod promem, ale zaczęli wpuszczać dopiero pół godziny później. Zajęliśmy miejsca i odbiliśmy. Prawie nie wiało. Właściwie usiłowaliśmy przysnąć, ale siedzenia były niewygodne, więc udawało się to średnio. Spacerowaliśmy po promie, trzy pokłady były dla ludności. Restaurację otworzyli dopiero o 13, poszliśmy na obiad. Wcale nie był najsmaczniejszy ani najtańszy... Usiłowaliśmy łapać zasięg telefonami, czasem nam się to udawało...
O 20, czyli pół godziny po planowanym czasie dopłynięcia, głośniki powiedziały, że spóźnimy się, albowiem w porcie w Barcelonie jest korek. A Barcelony to jeszcze widać nie było!... Ratunku... Prom spóźnił się w sumie chyba blisko 3 godziny. Spakowaliśmy wszystko i jeszcze tej nocy ruszyliśmy w drogę powrotną.

Wilczy: Na koniec pobytu jeszcze jedno zdziwienie "wielkim światem" w Hiszpanii. Barcelona, terminal promowy, połączenia z chyba połową Morza Śródziemnego, właśnie przypłynął pełen ludzi prom z Ibizy i... żadnej taksówki obok. Choćby jednej, jedynej - a my z cieżkimi plecakami, worami i pudłami rzeczy porejsowych, a do mariny olimpijskiej, gdzie stoi nasz samochod daleko... To przecież w Polsce nawet pod stacjami kolejowymi w małych miasteczkach zawsze się jakaś taryfa znajdzie, a tu?... No tak, co kraj to obyczaj.
Tak, czy inaczej, ten rejs pozwolił pozbyć się części narodowych kompleksów i uwierzyć, że ten nasz dziwny, lekko dziki kraj wcale nie jest aż tak dziki, jak się to może wydawać. ;-)

O żeglarstwie słów kilka...

Jacht jest to dziura w wodzie, w którą wrzuca się pieniądze.
Na czym polega żeglarstwo? Stań pod zimnym prysznicem, drzyj na kawałki studolarówki i do tego rzygaj, to się przekonasz...
A co to jest bom? Bom jest to ruchoma część jachtu, służąca do pozbywania się zbędnych członków załogi...

Wilczy: Tere fere, psychuś, gadaj zdrowa! W końcu wybrałaś się potem na morze jeszcze raz i nadal nie masz dosyć. :-)

psyche, 7 lipca 2003 r.