Wycieczka rowerowa szlakiem romantycznym, 25.07.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Romantyczny szlak rowerowy

Prolog: Warszawa - Rawka

W ramach testowania roweru i siebie postanowiłam skorzystać z opisu trasy rowerowej i wybrać się na romantyczną wycieczkę. Romantyczna była szalenie: czarne chmury straszące raz po raz, rozwalona przerzutka, doły z błotem, osy w jedzeniu, wiatr w twarz...;) Ale daliśmy radę, tak? ;-p Chociaż do końca nie było wiadomo, czy w ogóle pojedziemy, bo miało padać, bo za daleka trasa, bo...;)
W rezultacie udział wzięły cztery osoby: ja, Wilczy, Aga i Seweryn, cztery rowery, trzy kaski, jeden GPS (nieużywany), kanapki z kotletem, kabanosy, dużo wody i dobre humory :)
Budzik zadzwonił o 6.30, usłyszał jak zwykle kilka niecenzuralnych słów i się zamknął. Szybkie śniadanko, zakupy i ostatnie machlojki przy rowerze. Mocniej przypięłam koszyk na bidon, ekspanderami przypięłam plecak do bagażnika, bujałam się z tym dobrych kilka minut, bo nie mogłam opanować naraz plecaka, roweru, bagażnika i gum, w końcu udało się i mogłam ruszać. Już spóźniona...;)
Na dworcu Warszawa Wschodnia byłam po 29 minutach i ponad 7 km. Chyba jechałam objazdem normalnie, no...;) Pani w kasie powiedziała, że w wakacje Koleje Mazowieckie przewożą rowery za darmo, zatem ucieszyłam się i poszłam szukać wjazdu na peron. Zawiodłam się srodze, dwa wejścia na peron i wyłącznie schody, zero podjazdu dla wózków czy rowerów. Co było robić, rower na plecy i w drogę...
Wsiadłam do pierwszego wagonu, do przedziału dla podróżnych z większym bagażem. W kabinie kierowcy kłębiło się ze 3 gości, narzekali, że coś nie działa, po czym przyszedł gość główny i wyrzucił mnie na koniec pociągu. No dobra, nie, to nie, przejechałam się peronem i wsiadłam do ostatniego przedziału. Klapnęłam sobie na siedzonku, rower postawiłam obok i jadę...
Na kolejnych stacjach dosiadali się następni rowerzyści. Dwóch małolatów z wypasionymi rowerami, jakaś laska, koleś w podróży - z sakwami, miejscowy chłop oraz miejscowi menele. Rowery wędrowały sobie po przedziale w zależności od aktualnego kierunku przeciążenia w pociągu, ja siedziałam i żłopałam wodę, żeby mieć mniej do dźwigania na rowerze, chłopaki dyskutowali o sprzęcie, laska czytała jakiś kodeks, menele jarali szlugi, generalnie było jak w rodzinie. Dojechałam do Rawki i wreszcie z ulgą wysiadłam...

Rawka - Łowicz

W planach było kółeczko, może dojazd do Nieborowa, powrót do Skierniewic, żadna tam duża wycieczka...;)
Dojechałam do kościoła, zatrzymałam się, wyciągnęłam telefon i dzwonię do Wilczego. Właśnie jechał...
- Gdzie jesteście?
- Nie mamy pojęcia...
- A, to super, bo ja jestem pod kościołem, to na was poczekam.
- Ale gdzie ten kościół?...
- Nooo... w Rawce:)
Jednak się nie zgubili, dojechali, spotkaliśmy się na rogu ulic, nastąpiło gremialne witanie, poprawianie siodełek, gmeranie w bagażach, oglądanie kasków, sakw, rowerów w ogóle i wreszcie mogliśmy ruszyć w drogę...
Z opsiu szlaku: "...przy kościele skręcić w prawo, a następnie po 100 m w lewo, w drogę prowadzącą pod górkę w kierunku Rudy. Po chwili asfalt kończy się i zaczyna żwirowa aleja obsadzona lipami."
Pierwsze pytanie: czy to już tutaj mija te 100 metrów i trzeba skręcić w lewo?!?... Zakładamy, że tak, skręcamy, pod górkę jest lekko na szczęscie, podjeżdżamy bez większych problemów, po jakimś czasie asfalt faktycznie się kończy i robi się tak jakoś wiejsko. Dojeżdżamy do mostku na rzeczce Rawce i zatrzymujemy się, bo ależ tu pięknie :) Na mostku podziwiają przyrodę jacyś państwo z dzieckiem i czarnym jamnikiem, jamnik nas natychmiast zalicza do grona swoich wielbicieli i każe się glaskać i drapać za uszkami. Wyciągamy mapy i zaczynamy się orientować w terenie. Według logiki za mostkiem powinniśmy pojechać w lewo, według szlaku - w prawo, według mapy nie wiadomo, gdzie jesteśmy ;) Sprawdzamy zatem drogę w lewo, objeżdża pastwisko dla krów i kończy się na chaszczach nad rzeką, więc zawracamy i jedziemy w prawo. Po kilkuset metrach zatrzymuje nas kompletnie rozjechana droga leśna: z lewej las, z prawej las, w środku bagno... Seweryn idzie na zwiad, odkrywa więcej takich bagienek, człowiek to jeszcze przejdzie, ale rower to chyba na plecach przenieść trzeba, rezygnujemy z przyjemności i zawracamy. Przejeżdżamy przez ten sam mostek, skręcamy w prawo i jedziemy leśną dróżką przed siebie, kolejny raz mijając znajomego jamnika. Drogę wybiera Seweryn, tym razem wyprowadza nas na kolejną polankę nad rzeczką, znów ślepy zaułek, znów postój i sesja zdjęciowa...;) Zawracamy i kierujemy się w kolejną dróżkę pomiędzy lasami a polem. Już jeździmy po Bolimowskim Parku Krajobrazowym.
Po jakimś czasie dojeżdżamy do Bud Grabskich i trafiamy znów na szlak. Według mnie prowadzi on z prawej strony w lewo, ale postanawiamy sprawdzić, co tam jest po prawej, co nas ominęło, więc skręcamy, przejeżdżamy obok panów demontujących znaki drogowe na mostku, potem jest mały podjazd i nagle słychać zgrzyt. Wilczy łańcuch smętnie zwisa, a przerzutka w dwóch częściach zwisa na nim... Stajemy i zaczynamy oglądać awarię.
- Co za grat! - narzeka Wilczy.
- Zaraz, zaraz... czy to nie jest wymieniona przerzutka?...
- No w środę mi ją facet założył...
- Czyli to jest nówka sztuka?...
- Ano...

Cóż. Na drodze panuje spory ruch, 20 metrów dalej jest skręt w lewo i płyty betonowe, przenosimy się tam z rowerami i chłopaki zaczynają oglądać straty. Okazuje się, że wyleciała w kosmos taka jedna mała sprężynująca blaszka, która powinna tu tkwić. Idziemy gremialnie szukać jej na poboczu, ale w tym piachu i trawie nic nie znajdujemy. Chłopaki sobie gmerają w rozpdaniętej przerzutce, ustalając, jak ona powinna wyglądać we właściwym stanie. Następnie zaczynają ją do tego stanu naginać. Ona się opiera, oni się siłują, ona trzeszczy i zgrzyta, oni prą, w końcu dopada ich niechęć i czarna rozpacz. I wtedy postanawiają zdjąć koło, a nas wysyłają na poszukiwanie drucika...
W międzyczasie drogowcy od znaków przejeżdżają koło nas kilka razy, zaczynamy już do siebie machać, pozdrawiać się i w ogóle zacieśniamy więzy przyjaźni. Zatem teraz, jak docieramy do nich na mostek, gdzie znów urzędują, obiecują nam drut z kontenera i są generalnie komunikatywni - chociaż ja i Agnieszka trochę się obawiamy podejść i poprosić nieznanych w sumie facetów o kawał sztywnego druta...;-p
Drut dostajemy, chłopaki wiążą przerzutkę siedemnaście razy, za każdym razem coś poprawiając. W międzyczasie jadę za róg, poszukać owego Regionalnego Centrum Edukacji Ekologicznej ("W Centrum można zaopatrzyć się w mapy i uzyskać wszelkie niezbędne informacje o terenie."), znajduję ogrodzony teren z szeroko otwartą bramą, kilka rozsianych budynków, gdzieś daleko pod płotem plączą się jacyś ludzie. Żadnej sensownej informacji na zewnątrz. Od ludzi odrywa się jedna sztuka i idzie w moim kierunku, postanawiam zaczekać i podpytać.
Kiedy sztuka podeszła bliżej, okazało się, że jest to starsza dama z kromką chleba w jednej ręce i butelką wina w drugiej. Miałam pewne opory, czy pytać o mapy, ale wydusiłam z siebie pytanie, na co dostałam rzeczową odpowiedź, że nie.
- Bo oni to ze Skierniewic są, a tutaj w weekendy to ich nie ma i już, a my to map żadnych nie mamy!
No dobra, nie, to nie, poszłam sobie precz :)
Panowie zmontowali przerzutkę. Potem popatrzyli na swoje ręce... ;) Potem zaczęli je szorować piachem, spłukali Kryniczanką lekko gazowaną z butelki, wyczyścili do końca nawilżonymi chusteczkami i można było wziąć się za jedzenie :) Kanapki z kotletem produkcji Agi, buła z kabanosem produkcji Sokołowa, woda na popitkę i jazda - jedziemy dalej.
- Tylko nie ruszaj przerzutek - powtarzaliśmy przez jakiś czas Wilczemu co chwila...;) Patent działał bowiem, dopóki się go nie ruszało :)
Przejechaliśmy się w stronę leśnej galerii rzeźby Jana Graczyka, której nie znaleźliśmy, a zresztą na pewno była zamknięta jak Centrum Edukacji ;-p Potem zawróciliśmy i pojechaliśmy już dalej szlakiem.
"Asfaltowa, przyjemna i niezbyt ruchliwa szosa wiedzie wzdłuż rezerwatu "Kopanicha".
7,4 km Przecinamy drogę Skierniewice - Sochaczew."

Zatrzymaliśmy się przy owej drodze.
- Co teraz?
- No przecinamy, to przecinamy...
Popatrzyliśmy na wprost. Szlaban, za nim kawałek jakiejś ścieżki, z leśną drogą niewiele to miało wspólnego. Ale okazało się, że szlak jest, więc pojechaliśmy. Zatrzymała nas tabliczka, że w lewo jest ujęcie wody. Skręciliśmy i trafiliśmy na... kąpielisko w rzece...
Pojechaliśmy zatem dalej szlakiem.
"Po skręcie w prawo na leśnym skrzyżowaniu szlak wiedzie dosyć szeroką Drogą Łowicką przez niezwykły Las Nieborowski w Bolimowskim Parku Krajobrazowym."
Rzeczywiście droga była przepiękna. Szeroka, żwirowa, jechało się wygodnie i miło przez las. Wilczy konsultował się z mapą co jakiś czas, mamrocząc pod nosem inwektywy. Najczęściej dało się słyszeć, że jeszcze nie wjechaliśmy na mapę. No ja tam po mapie jeździć nie będę, szelest papieru by mnie denerwował :)
Wreszcie na mapę wjechaliśmy, co Wilczy odkrył dzięki słupkom, oznaczającym kwartały lasu. Słupki bowiem były ponumerowane. Następnym punktem orientacyjnym miały być kapliczki. Jedna z prawej, jedna z lewej i gdzieś obok pomnik przyrody. No to jedziemy, jedziemy, dojechaliśmy do skrzyżowania... Kapliczki były. Nawet w ilościach hurtowych...;) Poprzybijane do drzew po obu stronach drogi :) Pozostało nam znaleźć tylko ów pomnik przyrody. Schował się, drań, przed nami chyba, rozglądamy się i rozglądamy... Nagle - jest! Okazało się, że pomnikiem przyrody jest jedno z drzew z kapliczkami... Tabliczka oznaczająca pomnik przyrody przybita jest bardzo wysoko, pogięta i od dawna nieczytelna ;-p
"Wariant pozwala ominąć dosyć męczący leśny odcinek. Zamiast skręcić w prawo zgodnie ze szlakiem, należy jechać prosto. Do głównej trasy dotrzemy przy gajówce Siwica."
18,8 km Mostek nad rzeczką. Przejeżdżamy na drugą stronę i kierujemy się w stronę gajówki Siwica. W tym miejscu do głównej trasy dochodzi trasa pierwszego wariantu."

Minęliśmy tajemnicze atrakcje po lewej stronie i dojechaliśmy do gajówki Siwica, gdzie poprosiłyśmy uprzejmie panów za płotem o odrobinę wody do butelek. Panowie nas poinformowali, że wody to tutaj nie ma, bo jest zażelaziona, więc nie nadaje się do picia, ale oni mają taką ze wsi, Nałęczowiankę, proszę bardzo, chętnie nas poczęstują - drapnęli butelki i oddali pełne :) Proponowali jeszcze bimberek, ale odmówiłyśmy i uciekłyśmy do swoich :)
Dalej trasa biegła polną drogą, zarośniętą z obu stron przez pokrzywy i inne chaszcze. Jazda wymagała dużej uwagi, bo prócz pokrzyw na drodze leżały gałęzie i generalnie było dość ciężko. W końcu dojechaliśmy do dużej czerwonej tablicy - "Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Nieborów", obok było, że wstęp wzbroniony, tablica z mapą, kapliczka i zarośnięte zielskiem tereny oraz płot. Za płotem - park i pałac w Nieborowie, wreszcie!...;)))
Dojechaliśmy do szosy, skręciliśmy w lewo, podjechaliśmy pod wejście na teren parku i stwierdziliśmy, że czas na obiad. No fakt, późno już...:) Zrezygnowaliśmy zatem ze zwiedzania parku dość szybko i wylądowaliśmy w Białej Damie naprzeciwko - w uroczym ogródku, gdzie twarde krzesła okazały się być zbawieniem dla naszych trzech lekko obolałych i jednego mocno obolałego zadka :)
W spodenkach rowerowych, kaskach, rekawiczkach, spoceni i umorusani nieszczególnie pasowaliśmy do knajpy, w której panowie siedzieli pod krawatami :) Niemniej jednak kelner był niezrażony i obsłużył nas z rewerencjami. Panowie zamówili po zestawie obiadowym, Aga wzięła chłodnik i placek ziemniaczany z gulaszem, mnie skusiła zupa grzybowa i tatar. Zupa była genialna, tatar trochę mniej, ale za to z kaparami ;)
Najedliśmy się, Blond Wiedźma złapana telefonicznie wspomogła nas jako informacja kolejowa i ruszyliśmy dalej - kierunek: Arkadia. Do pociągu w Łowiczu jednak jest nieco bliżej niż do Skierniewic :)
"Po przerwie należy powrócić na ruchliwą asfaltową drogę w kierunku Łowicza. Odcinek do ogrodu w Arkadii jest najmniej przyjemnym etapem wycieczki, początkowo jednak wiedzie zabytkową aleją drzew.
Kto odpuścił sobie Nieborów, ma szansę na chwilę romantycznego odpoczynku w Arkadii."

Fragment, który trzeba było przejechać szosą, był mocno niemiły, ale nie było wyjścia. Droga pod wiatr sprawiła, że pod wejście do parku w Arkadii podjechaliśmy z jęzorami wywieszonymi po pas i z ulgą zeszliśmy z rowerów. Do parku w Arkadii można wejść z rowerami, tylko nie należy na nich jeździć (do parku w Nieborowie podobno rowerów wprowadzić nie wolno - ale o co chodzi?!?...), zatem czym prędzej poszliśmy oglądać atrakcje. Przeszliśmy się po ruinkach, obejrzeliśmy świątynie, akwedukt i inne drobiazgi i ruszyliśmy w stronę Łowicza, coby państwo jeszcze zdążyli na pociąg do Skierniewic.
"Aby kontynuować wycieczkę, należy powrócić na asfaltową drogę i skierować się ponownie na Łowicz. Po prawej stronie widać zakola rzeczki. Do Łowicza dojeżdża się przez Mysłaków."
Niestety, znów było pod wiatr i szosą, dlatego odetchnęliśmy, jak już pojawiła się tablica "Łowicz" i wjechaliśmy na szeroki chodnik połączony ze ścieżką rowerową. Od mijanych ludzi dowiedzieliśmy się, że stacja PKP jest tu zaraz w lewo, trafiliśmy bez pudła, Wilczy i Aga poszli kupowac bilety, odprowadziłam towarzystwo na peron, wsiedli, pomachali ogonkami i pojechali.
A ja zostałam z perspektywą spędzenia półtorej godziny w Łowiczu.

Epilog: Łowicz - Warszawa

Pojechałam zatem w miasto...
Najpierw trafiłam na mostek na Bzurze. Potem wróciłam do miasta i objechałam je w kółko, okazało się być całkiem spore. Jest tam kilka placyków, szerokich alej, wąskich uliczek z obdrapanymi domkami. Poza głównym placem miasteczko jest niestety wymarłe. Kilka kościołów, kilka kotów, kilka obściskujących się par, staruszek, który mi groził karą pieniężną (może grozi tak każdemu, a może mu się po prostu nudziło). Wreszcie wróciłam na dworzec. Przed przejściem służbowym - dwóch sokistów. Spojrzałam na metalową kładkę nad peronami - przejście właściwe. Bez roweru to nie byłoby problemu, z rowerem i plecakiem na bagażniku kładka wydawała się być nieosiągalna. Pojeździłam sobie w kółeczko...;)
Sokiści gdzieś zniknęli, przemknęłam się przejściem służbowym na peron i stanęłam w oczekiwaniu na pociąg, który już nadjeżdżał. Jednocześnie pojawili się sokiści...
Weszli ze mną do przedziału rowerowego, pomogli przymocować rower, usiedli obok i ani słowem nie odezwali się na temat łamania prawa...;)
Zanim dojechałam do Warszawy, słońce całkiem zaszło. Na Kijowskiej włączyłam dynamo, ale okazało się, że lampki nie świecą (albo światło latarni było silniejsze od nich), w każdym razie nie widziałam efektów dynama, zatem je wyłączyłam i w ciemnościach (latarnie są? są! ;-p) dojechałam do domu koło 22.
I padłam jak mucha...;)


Wyszperane w sieci:

Opis szlaku rowerowego
Koleje Mazowieckie
Muzeum w Nieborowie i Arkadii
Restauracja w Nieborowie


psyche